STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY .
[ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA .
CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA

From: Pawel Wolniewicz <pawel.wolniewicz@gazeta.pl>
Subject: [konkurs] Przepraszam, czy tu biją?
Date: Wed, 4 Apr 2007 13:56:22 +0200
Message-ID: <Pine.GSO.4.64.0704041348020.5603@rose.man.poznan.pl>


[...]


1.
   No i... znów bijatyka - no
   Znów bijatyka - no
   Bijatyka cały dzień
   I porąbany dzień i porąbany łeb
   Razem bracia aż po zmierzch.


2.
   - Może byś tak sprzątnął tę brudną łapę z mojej koszu.li - przemówił 
olbrzym.
   Wykidajło ściągnął brwi. Nie był przyzwyczajony, żeby zwracano się do 
niego w ten sposób. Zabrał rękę z koszuli olbrzyma i zwinął ją w pięść 
kształtu i koloru mniej więcej dużego bakłażana. Musiał wziąć pod uwagę 
swoją pracę, opinię twardego chłopa i ludzki szacunek. Poświęcił temu 
chwilę uwagi i popełnił błąd. Nagłym wyrzutem łokcia, ruchem bardzo silnym 
i szybkim, wysunął pięść i trafił olbrzyma w szczękę. Przez salę 
przeleciało leciutkie westchnienie.
     Był to dobry cios. Ramię opadło i z zamachu poszło za nim całe ciało. 
Cios miał w sobie wielką siłę, a człowiek, który go wymierzył, sporą 
praktykę. Olbrzym nie cofnął głowy dalej jak o cal. Nie spróbował 
odparować ciosu. Zainkasował go, otrząsnął się z lekka, wydał z głębi 
krtani cichy dźwięk i chwycił wykidajłę za gardło.
   Wykidajło chciał go kopnąć kolanem między nogi. Olbrzym odwrócił go w 
powietrzu i rozstawił szerzej jaskrawo obute stopy na łuszczącym się 
linoleum, jakim pokryta była podłoga. Zgiął wykidajłę wpół i sięgnął prawą 
ręką do jego paska. Pasek prysnął jak sznurek do pakowania. Olbrzym 
położył monstrualną dłoń płasko na kręgosłupie wykidajły i nacisnął. 
Wykidajło poleciał przez całą długość sali, okręcając się, potykając i 
wywijając rękami. Trzech Murzynów uskoczyło mu z drogi. Wreszcie runął 
razem z jakimś stolikiem i wyrżnął w boazerię nad podłogą z hukiem, który 
musiano usłyszeć w Denver. Nogi mu drgnęły i legł bez ruchu.
   - Niektórzy - powiedział olbrzym - stawiają się nie wtedy, kiedy trzeba. 
- Odwrócił się do mnie. - Taak - dodał. - To łyknijmy po jednym.


3.
   Dixie Wells był zawodnikiem wagi średniej, który kochał boks i żył dla 
boksu. Zaciągnął się do wojska, ponieważ bokserom nie wiodło się najlepiej 
podczas kryzysu, a także dlatego, że chciał, aby jego styl dojrzał z 
biegiem czasu. Dixie lubił trenować z [X.] ze względu na jego szybkość, a 
[X.] dużo się od niego nauczył. Często trenowali ze sobą: i tym razem 
Dixie prosił go o to, bo mu się szykowała walka w mieście. Poza tym sam 
Dixie chciał użyć rękawic sześciouncjowych, a ochraniaczy na głowę nie 
nakładali nigdy.
   Takie rzeczy zdarzają się częściej, niż można przypuszczać. [X.] o tym 
wiedział i nie miał powodu poczuwać się do winy. Stał mocno na nogach, 
kiedy uderzył Dixie.ego nie silniejszym niż zwykle ciosem. Dixie też 
akurat stał twardo. [X.] zorientował się od razu po sposobie, w jaki Dixie 
padał, bezładnie, niczym przewracająca się sztaba albo zrzucony z sąsieku 
wór mąki, który wstrząsa spichrzem i pęka na szwach. Dixie runął prosto na 
twarz i nie przetoczył się na wznak. Bokserzy nie lądują na twarzach tak 
samo jak zapaśnicy dżudo. [X.] cofnął gwałtownie rękę i popatrzył na nią 
jak dziecko, które dotknęło pieca. Potem zbiegł na dół po doktora.
   Dixie Wells był nieprzytomny przez tydzień, ale w końcu przyszedł do 
siebie. Tylko tyle, że oślepł. Doktor w szpitalu wojskowym mówił coś o 
wstrząsie mózgu i pęknięciu, o ucisku czy uszkodzeniu nerwu. [X.] 
odwiedził Dixie.ego dwa razy, ale po drugim razie nie miał już siły 
przychodzić. Za drugim razem rozmowa zeszła na boks i Dixie się rozpłakał. 
Właśnie widok tych łez wyciekających z oczu, które nie widziały, sprawił, 
że [X.] więcej nie przyszedł.


4.
   Ruszyło na niego sześciu, zwartą grupą. Szóstka to całkiem okrągła 
liczba. Jeden z nich trzymał w ręku butelkę i widząc to [X.] zaczął się 
uśmiechać. Krzyczeli głośno, dodając sobie odwagi i czekając na tego, 
który rozpocznie walkę.
   [X.] zauważył kątem oka jakiś ruch i skoczył do tyłu gotów do odparcia 
ataku.
   -Niech pan się nie denerwuje - uspokoił go głos typowego Anglika. - 
Przybywam zaofiarować panu moje usługi. Wydaje mi się, że ma pan całkiem 
sporo przeciwników i że gotów jest pan się nimi podzielić.
   Człowiek, który to mówił, wstał od jednego ze stolików stojących za 
[X.]. Był wysoki, miał pociągłą, wyniszczoną twarz i nienagannie skrojony 
szary garnitur.
   - Nie zamierzam się z nikim dzielić - odparł [X.].
   - To cholernie nie po sportowemu - potrząsnął głową nie.znajomy. - Gotów 
jestem odkupić od pana trzech dżentelmenów z lewej strony, jeśli poda pan 
rozsądną cenę.
   - Niech pan przyjmie ode mnie w podarunku dwóch i uważa się za 
szczęściarza - odparł uśmiechając się [X.]. Mężczyzna odwzajemnił jego 
uśmiech. Bawiąc się w uprzejmości zapomnieli prawie o grożącym im 
niebezpieczeństwie.
   - To naprawdę bardzo miło z pańskiej strony. Pozwoli pan, że się 
przedstawię.


5.
   W pewnej chwili w rogu sali coś się zakotłowało. Pierwsza awantura. Ale 
kto z kim się bije? Ciężko rozpoznać, bo wszyscy skupili się wokół 
bijących. Orkiestra nie przerywa grania. To już taki zwyczaj. Z bocznego 
małego pokoiku wyszło dwóch policjantów, biegną tam, gdzie się biją... ale 
cała sala już znowu tańczy. Policjanci patrzą uważnie, chcą się 
zorientować, kto się bił. Ale każdy chłopak tańcząc grzecznie się 
uśmiecha, a niejeden kłania się mówiąc:
   - Moje uszanowanie dla władzy.
   Mimo że komisariat jest tuż, po drugiej stronie ulicy Czerniakowskiej, 
policjanci dyżurują w czasie każdej zabawy. Siedzą w małym pokoiku, a na 
salę wychodzą tylko w czasie awantury. Interweniować.
   - Kto się bił? - zapytałem przesuwającego się w tańcu kolegę.
   - Sztajer ze Starym, jakieś stare porachunki - odpowiedział kolega. 
Spojrzałem po sali. Tańczy Sztajer i tańczy Stary. Gdy policjanci 
rozglądają się jeszcze w drugim końcu sali, oni już są w pobliżu 
orkiestry, patrząc na siebie spode łba. Po chwili już się znowu biją, a 
inni otaczają ich kręgiem, żeby utrudnić dojście policjantom. Policjanci 
się pchają. Ktoś krzyknął ostrzegawczo... i znów wszystkie pary tańczą. 
Tym razem partner.ki bijących się nie zdążyły złapać ich do tańca. Patrzę 
- i co to? Sztajer tańczy ze Starym. Obaj mierzą się groźnie oczami 
rzucając szybkie spojrze.nia na boki, żeby sprawdzić, gdzie są policjanci. 
Nie budzą podejrzenia, bo tańczący ze sobą chłopcy lub dziewczęta to u 
.Przyjaciół. zupełnie normalne zjawisko.


6.
   Ruch był gwałtowny i niespodziewany. [X.] miał przez chwilę wrażenie, że 
przestały obowiązywać prawa fizyki. [Y.] jakby zawisł w powietrzu w stanie 
nieważkości, podczas gdy jego nogi wystrzeliły do przodu, wysokie buty 
wparły się w bok kardynała i zepchnęły owinięte łańcuchami ciało do wody. 
Kardynał wpadł z pluskiem do basenu, rozpryskując na wszystkie strony 
strumienie wody.
   [X.], którego także dosięgły rozpryski, zbyt późno uświadomił sobie, co 
się dzieje. Zabójca złapał się jednego z pałąków zabezpieczających i z 
jego pomocą wyskoczył na zewnątrz. Teraz sunął ku niemu ślizgiem w 
rozpryskach wody, z nogami wysuniętymi do przodu.
   [X.] nacisnął spust i kula trafiła w czubek lewego buta [Y.]. Niemal 
natychmiast po tym podeszwy butów napastnika zderzyły się z jego piersią, 
a potężne kopnięcie odrzuciło go do tyłu.


7.
   Ale w rzeczy samej, o braciszkowie, czułem się po nastojaszczy znudzony 
i jakoś tak beznadziejnie, a to czustwo nieraz mnie zaskakiwało w tych 
dniach. Więc odwróciłem się do jakiegoś członia, co siedział koło mnie na 
tej długiej pluszowej ławie, ciągnącej się u ścian krugom po całej 
mołoczni, do tego, znaczy się, członia, co tak bulgotał na cyku, i 
piąchnąłem go tak oczeń bystro ech ech ech w brzucho. Ale on daże nie 
poczuł, braciszkowie, i dalej bulgotał swoje: - Przeto jak cnototo pod prę 
gdzież na kłamaszcie i po popkormaku? - Więc my raz i wytoczyli się w tę 
wielką zimową noc. I dawaj po Marghanita Road, a że patrole mili poli 
cyjne dużo się tam nie udzielały, więc natrafiwszy my na starego chryka, 
co jak raz wracał z kiosku wyszedłszy po gazetę, bałaknąlem ja do naszego 
Bycha: - No, fajno fajn, Bychu bojku! wolnoć, jeśli chuć po temu czując i 
łakniesz. - W tych czasach już coraz to częściej wydawałem tylko rozkazy i 
z boku się przyglądałem, jak oni je wykonują. Tak i tu Bycho wziął mu 
ładować uch uch uch, a tamci dwaj go podcięli, aż ruchnął, i kopali go cha 
cha śmiejaszczy leżącego, a potem dali mu odpełznąć damoj, tam gdzie 
mieszkał, tak jakby skowytającemu sobie cichutko.


8.
   Para z pryszniców wypełniła pomieszczenie i po skórze [X.] spływały 
strużki potu. Teraz, póki nie ścieknie z niego mydło. Póki jest za śliski, 
żeby go utrzymać.
   [X.] cofnął się i pozwolił, by lęk, który odczuwał, odbił się na twarzy.
   - Nie bij mnie, [Y.] . powiedział. . Proszę.
   Na to właśnie czekał [Y.]: wyznanie, że to on jest silniejszy. Innym 
chłopcom wystarczyłaby może kapitulacja [X.]; dla [Y.] była jedynie 
znakiem, że zwycięstwo jest pewne. Zamachnął się nogą jak do kopnięcia, 
ale w ostatniej chwili skoczył. [X.] dostrzegł przeniesienie ciężaru ciała 
i pochylił się nisko, by [Y.] nie mógł stanąć pewnie, gdy spróbuje go 
złapać do rzutu.
   Twarde żebra [Y.] trafiły [X.] w twarz, a dłonie uderzyły o plecy 
szukając uchwytu. [X.] jednak skręcił tułów i palce ześliznęły się po 
skórze. W jednej chwili [X.] - wciąż w uścisku [Y.] - wykonał pełny obrót. 
Klasycznym posunięciem w takiej sytuacji byłoby uderzyć piętą w krocze 
przeciwnika. To jednak wymagało precyzji, a [Y.] spodziewał się takiego 
ruchu. Podnosił się już na palce i odsuwał biodra, by [X.] nie mógł go 
dosięgnąć. [X.] nie patrząc wiedział, że tamten musi obniżyć głowę, 
dotykając niemal jego włosów. Zamiast więc próbować kopnięcia, wybił się z 
podłogi potężnym pchnięciem obu nóg jak żołnierz odbijający się od ściany 
i uderzył głową w twarz [Y.].
   Odwrócił się w samą porę, by zobaczyć, jak [Y.] zatacza się w tył dysząc 
z bólu i zdziwienia, a krew płynie mu z nosa. [X.] wiedział, że mógłby 
teraz wyjść z łazienki i zakończyć bójkę. Tak, jak uciekł z sali bojowej, 
gdy polała się pierwsza krew. Ale potem starcie powtórzyłoby się znowu. I 
jeszcze raz, i następny, dopóki nie znikłaby wola walki. By ostatecznie 
zakończyć sprawę, musiał zranić [Y.] tak mocno, że lęk stanie się 
silniejszy od nienawiści.
   Dlatego oparł się o ścianę, wyskoczył i odepchnął się ramionami. Jego 
stopy wylądowały na brzuchu i piersi [Y.]. [X.] obrócił się w powietrzu, 
lądując na dłoniach i palcach stóp, zrobił przewrót, znalazł się pod 
przeciwnikiem i gdy tym razem obiema nogami kopnął w górę, trafił mocno i 
pewnie.
   [Y.] nie krzyknął z bólu. W ogóle nie zareagował. Tylko jego ciało 
uniosło się trochę. Zdawało się, że [X.] kopnął mebel. [Y.] upadł w bok i 
rozciągnął się pod strumieniem gorącej wody z prysznica. Nie wykonał 
najmniejszego ruchu, by uciec od morderczego gorąca.


9.
   Dwadzieścia jeden serwów wystarczyło Appleby.emu, żeby rozgromić każdego 
przeciw.nika. Jego wyczyny przy stole pingpongowym stały się legendarne i 
wygrywał wszystkie mecze aż do tego wieczora, kiedy Orr zalał się dżinem z 
sokiem i rozwalił mu czoło rakietką, po tym jak Appleby ściął kolejno z 
pięciu jego serwów. Orr cisnął rakietką, a potem wskoczył na stół, odbił 
się i po pięknym skoku wylądował obiema nogami na twarzy Appleby.ego. 
Rozpętało się piekło. Upłynęła chyba cała minuta, zanim Appleby uwolnił 
się od młócących na oślep rąk i nóg Orra i stanął wyprostowany, trzymając 
go w powietrzu jedną ręką za bluzę na piersi, a drugą cofając dla zadania 
śmiertelnego ciosu, gdy nagle podszedł [X.] i odebrał mu Orra. Był to 
wieczór niespodzianek dla Appleby.ego, który, dorównując [X.] siłą i 
wzrostem, wymie.rzył mu tak potężny cios, że przepełniony radosnym 
podnieceniem Wódz White Halfoat odwrócił się i strzelił w pysk pułkownika 
Moodusa, co sprawiło generałowi Dreedle tak wielką uciechę, że polecił 
pułkownikowi Cathcartowi wyrzucić kapelana z klubu oficerskiego i 
przenieść Wodza White Halfoata do namiotu doktora Daneeki. Przebywając 
dwadzieścia cztery godziny na dobę pod okiem lekarza utrzyma się w dobrej 
formie fizycznej, dzięki czemu będzie mógł walić pułkownika Moodusa w 
pysk, kiedy tylko generał Dreedle zapragnie. Od czasu do czasu generał 
Dreedle specjalnie przyjeżdżał z dowództwa skrzydła w towarzystwie 
pułkownika Moodusa i swojej pielęgniarki tylko po to, żeby Wódz White 
Halfoat strzelił jego zięcia w pysk.


10.
   - Schowam nóż w pochwie twej krwi . warknął [X.] I w środku ostatniego 
słowa skoczył. [J.] dostrzegła jego ruch, zdusiła okrzyk. Tam, gdzie ten 
człowiek uderzył, było tylko powietrze. [Y.] zaś stał już za [X.], mając 
okazję do zadania czystego trafienia w podstawione pod nóż plec[Y.] Teraz. 
[Y.]! Teraz! . krzyknęła w myśli [J.]. Cios [Y.] był wyprowadzony w 
zwolnionym tempie, z cudowną płynnością, ale tak opóźniony, że [X.] miał 
czas wywinąć się w prawo i uskoczyć.  [Y.] odstąpił, chyląc się nisko.
   - Najpierw musisz znaleźć moją krew . powiedział.


11.
   [X.] skoczył. Jednym uderzeniem pięści powalił wdowę na ziemię, oparł 
kolano o jej brzuch i podniósł nóż.
   Ale [Y.] błyskawicznie chwycił go za rękę i usiłował wyrwać z niej nóż 
drugą dłonią, owiniętą wielką chustą.
   Wdowa uklękła, próbując znaleźć drogę ucieczki, ale chłopi zatarasowali 
drzwi kościoła i otoczyli dziedziniec, stając nawet na ławach. Gdy 
spostrzegli, że chce uciec, postąpili krok naprzód, zacieśniając krąg.
   Tymczasem [Y.], milcząc, walczył zwinnie i z zimną krwią. Stojąc w 
drzwiach, obserwowałem to z trwogą. Twarz [X.] zsiniała z wściekłości, 
[S.] i jakiś potężny drab ruszyli mu z pomocą, jednak [X.], potoczywszy ze 
złością oczyma, krzyknął:
   - Precz! Cofnijcie się! Niech nikt nie odważy się zbliżyć!
   Skoczył znowu z furią na [Y.], uderzając go głową niczym byk.
   [Y.] zaciął w milczeniu wargi, jak obcęgami trzymał prawą rękę 
strażnika, uchylając się to w lewo, to w prawo, by ochronić przed ciosami 
głowę. Oszalały z wściekłości [X.] rzucił się do przodu i chwyciwszy 
zębami ucho [Y.], szarpnął ze wszystkich sił. Popłynęła krew.
   - [Y.]! - zawołałem przerażony i rzuciłem się na ratunek.
   - Uciekaj, szefie! - krzyknął do mnie. - Nie wtrącaj się!
   Zacisnął pięść i zadał [X.] straszliwy cios w podbrzusze. Zdziczała 
bestia została unieszkodliwiona. Zęby rozwarły się i puściły na pół 
odgryzione ucho, twarz [X.] zszarzała. Jednym pchnięciem [Y.] obalił go na 
ziemię, wyrwał mu nóż z dłoni i złamał go na kamieniach.
   Chustą otarł cieknącą z ucha krew i twarz zlaną potem. Wyprostował się, 
spojrzał dokoła nabiegłymi krwią oczyma.


12.
   - X, zmuszasz mnie, żebym się bronił. Prawda, ko.ledzy?
   Pozostali dwaj czarni skinęli głowami, więc położył ostrożnie tubkę na 
ławce obok George.a, po czym odwinął się niespodzie.wanie i strzelił [X.] 
pięścią w szczękę. [X.] o mało nie upadł. Potoczył się na rząd nagich 
mężczyzn, którzy złapali go pod ramiona i pchnęli w stronę uśmiechniętej 
bazal.towej twarzy. Znów dostał, tym razem w szyję, ale wreszcie pogodził 
się z myślą, że bójka się zaczęła i jedyne, co mu po.zostaje, to walić, 
ile wlezie. Kiedy czarny znów się zamachnął, chwycił go za rękę i 
potrząsnął głową, żeby oprzytomnieć po poprzednim ciosie.
   Kołysali się przez chwilę, dysząc w rytm bulgoczącej wody; potem [X.] 
odepchnął czarnego, zgiął nogi w kolanach, wtulił głowę w ramiona, żeby 
chronić podbródek, podniósł pięści po obu stronach głowy i ruszył na 
przeciwnika.
   Wtedy cichy, równy rząd nagich mężczyzn przemienił się w rozszalałe 
koło, w ring zbity z ludzkich ciał.
   Czarne pięści trafiały w zniżoną rudą głowę i szeroki kark, znacząc [X.] 
na czerwono skronie i policzki. Sani.tariusz odskakiwał po każdym ciosie. 
Wyższy, z rękami dłuż.szymi od grubych, czerwonych łap [X.] bił go 
szyb.kimi seriami po ramionach i głowie, nie dopuszczając do zwar.cia. 
[X.] parł naprzód z twarzą pochyloną w dół, ciężki.mi, płaskimi krokami, 
zerkając co pewien czas na czarnego spomiędzy pokrytych tatuażami pięści, 
aż wreszcie zepchnął go na ścianę nagich mężczyzn i strzelił pięścią 
prosto w środek białej, wykrochmalonej bluzy. Bazaltowa twarz pękła wpół; 
z ró.żowej szczeliny wysunął się język barwy lodów truskawkowych. Ale 
Washington uciekł spod czołgowej szarży [X.]; zdążył go stuknąć kilka 
razy, zanim sam znów dostał czerwoną pięścią. Tym razem otworzył usta 
znacznie szerzej - niezdrowa różowa plama na czarnym tle.
   [X.] miał czerwone ślady na głowie i ramionach, ale nic mu nie było. 
Wciąż napierał, inkasując po dziesięć ciosów za każdy własny, a czarny 
wciąż się cofał. Okrążyli tak kilka razy całą umywalnię; w końcu 
Washington zaczął dyszeć, poty.kać się i już tylko starał się unikać razów 
czerwonych cepów. Chłopcy wołali do [X.] żeby go wykończył. Ale 
rudzielcowi wcale się nie spieszyło.
   (...)
   Drugi rosły czarny przedarł się przez tłum i chwycił [X.] od tyłu za 
ramiona. [X.] strząsnął go jak buhaj małpę, ale czarny znów wskoczył mu na 
plecy.
   Zdjąłem go więc z [X.] i cisnąłem pod prysznic. W środku musiał mieć 
same rurki: nie ważył więcej niż cztery, pięć kilo.
   Najmniejszy czarny rozejrzał się na boki, odwrócił się i rzucił do 
drzwi. Kiedy patrzyłem, jak ucieka, ten drugi wyszedł spod prysznicu i 
założył mi chwyt zapaśniczy, wsuwając ręce pod pachy i zaciskając na 
karku. Wbiegłem z nim tyłem pod prysznic i rozgniotłem go o kafle. Ale 
kiedy osunąłem się razem z nim na posadzkę, żeby dalej spokojnie 
obserwować, jak Washingtonowi trzaskają żebra pod ciosami [X.], czarnuch 
za.czął gryźć mnie w kark; wtedy złamałem ten jego uchwyt. Czar.ny 
przestał się ruszać, a krochmal z jego uniformu zaczął spły.wać z wodą do 
otworu ściekowego.


13.
   Gdy odzyskałem przytomność, kajuta była pełna ludzi. Ledwo można się 
było w niej poruszać. Jak się okazało, wszyscy byli mną, z różnych dni, 
tygodni, miesięcy, a jeden podobno był nawet z przyszłego roku. Sporo było 
osób potłuczonych i z podbitymi oczami, a pięciu spośród obecnych miało na 
sobie skafandry. Ale zamiast wyjść natychmiast przez klapę, by naprawić 
uszkodzenie, jęli spierać się, targować, dyskutować i kłócić. Chodziło o 
to, kto kogo pobił i kiedy. Sytuację komplikowało po pierwsze to, że 
pojawili się już przedpołudniowi i popołudniowi, obawiałem się więc, że 
jeśli to tak dalej pójdzie, rozdrobnię się na minutowych i sekundowych, po 
wtóre zaś większość obecnych kłamała jak z nut, tak że do dziś nie wiem 
naprawdę, kogo biłem i kto mnie bił, kiedy toczyła się cała historia w 
trójkącie między czwartkowym, piątkowym i środowym, którymi kolejno byłem. 
Mam wrażenie, że przez to, iż sam kłamałem piątkowemu, jakobym był 
niedzielnym, dostałem o jeden raz za wiele, aniżeliby to wynikało z 
kalendarzowej rachuby. Ale wolę raczej nie wracać już myślą do tych 
niemiłych wspomnień, bo człowiek, który przez okrągły tydzień nie robił 
nic innego, jak tylko bił sam siebie, nie ma szczególnych powodów do dumy.


14.
   No to masz! - Sieciarz pchnął go szczotką. Ostra szczecina przebiła 
materiał koszuli i zadrapała pierś i brzuch Jean-Pierre.a.
   Pacjent doktora Washburna nie wiedział, czy na jego reakcję wpłynęło 
podrażnienie blizn na zagojonych ranach, czy frustracja i złość rosnąca w 
nim od trzech dni ciągłych upokorzeń. Wiedział tylko, że musi na cios 
odpowiedzieć. A odpowiedź była bardziej zatrważająca, niż mógł ją sobie 
wyobrazić.
   Chwycił kij prawą ręka i dźgnął nim w brzuch sieciarza. Szarpnął 
szczotką w momencie uderzenia, wyrzucając jednocześnie lewą nogę w górę i 
wbijając stopę w gardło tamtego.
   - Tao! - Gardłowy szept wyrwał mu się z ust mimowolnie; nie wiedział, co 
oznacza.
   Nim zdołał pomyśleć, wykonał obrót i tym razem jego prawa stopa rozcięła 
powietrze i jak taran uderzyła w lewa nerkę sieciarza.
   - Cze-sah! - wyszeptał.
   Sieciarz cofnął się, a później rzucił ku niemu z wściekłością 
spotęgowaną bólem, rozczapierzając szponiaste paluchy.
   - Ty świńskie nasienie!
   Jean-Pierre kucnął z wysuniętym do góry ramieniem. Przytrzymał lewą rękę 
tamtego, szarpnął nią do dołu, wyprostował się, pchnął ramię sieciarza od 
siebie, aż w końcu puścił je i wbił obcas buta w krzyż przeciwnika. 
Francuz runął na sieci i grzmotnął głową o ścianę okrężnicy.
   - Mii-sah! - i znów nie zrozumiał własnego okrzyku.
   Któryś z rybaków chwycił go z tyłu za szyję. Podopieczny Washburna 
uderzył pięścią w okolice jego miednicy, potem zgiął się wpół, 
przycisnąwszy łokieć napastnika do lewej strony gardła. Nachylił się 
jeszcze mocniej i kiedy nogi rybaka straciły kontakt z podłożem, 
Jean-Pierre cisnął nim daleko, na drugą stronę łodzi. Jego przeciwnik 
zamachał w powietrzu nogami, po czym utkwił szyją i twarzą między kołami 
pokładowego dźwigu.
   Na Jean-Pierre.a runęło dwóch pozostałych ludzi Lamouche.a. Okładali go 
pięściami, kopali, a szyper kutra wywrzaskiwał bez przerwy:
   - Le médecin! Rappelons le médecin! Doucement! Lekarza! Wezwijcie 
lekarza! Spokojnie!
   Słowa ani trochę nie odpowiadały widokowi, który ujrzał. Pacjent 
Washburna zgiął w przegubie dłoń jednego z rybaków, wykręcając ją 
jednocześnie w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Zrobił to 
błyskawicznie, gwałtownie, i jego przeciwnik ryknął z bólu - ręka była 
złamana.
   Jean-Pierre zacisnął teraz palce dłoni, wyrzucił ramiona w górę niczym 
młot kowalski i trafił mężczyznę ze zmiażdżonym nadgarstkiem prosto w 
gardło. Rybak przekoziołkował w powietrzu i zwalił się ciężko na pokład.
   - Kwa-sah! - cichy okrzyk zabrzmiał w uszach Jean-Pierre.a jak dalekie 
echo.
   Czwarty podopieczny Lamouche.a zrejterował, gapiąc się na szaleńca, 
który ledwo co na niego spojrzał.


15.
   Obecny na miejscu wysłannik radia, redaktor Mikrofoniusz Tranzystorek, 
stał się przypadkowym świadkiem komicznej kłótni dwóch strażaków. Oto 
jeden z nich, zapomniawszy w pośpiechu swej siekierki, pobiegł ku miastu, 
aby zabrać ją z remizy. W połowie drogi spotkał swego kolegę, który biegł 
w kierunku pożaru. Zatrzymał go więc i zawołał:
   - Wróć po moją siekierkę. Ja lecę do ognia!
   - To twój toporek, więc sam go sobie przynieś - odparł kolega. - Ja mam 
co innego do roboty!
   - Mówię ci, wracaj po siekierkę!
   - Ani mi się śni. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach, aha...
   Zapominalski strażak poczerwieniał z oburzenia.
   - Ja ci pokażę, ty skórko wieprzowa!
   - Ja ci też pokażę, głąbie kapuściany!
   Obaj panowie rzucili się do bójki i poczęli sobie zrywać z głów 
strażackie hełmy. Tego było już za wiele redaktorowi. Rąbnął jednego i 
drugiego trzymanym w ręce mikrofonem, a skoro to nie pomogło, dołożył im 
po solidnym kopniaku. Dopiero wtedy zacietrzewieni strażacy opamiętali się 
i zgodnie już popędzili ku płonącym domom.


16.
   - Wiesz co - zaczął z desperacją. - Zjedzmy gdzie indziej. Na dole 
trochę się biją.
   - Bójka w tawernie? Dlaczego mnie nie obudziłeś?
   - Widzisz, ja... co?
   - Sądziłem, [X.], że rano wytłumaczyłem ci to do.kładnie. Chcę zobaczyć 
(...) prawdziwą bójkę w tawernie. - W głosie [Y.] zadźwięczała delikatna 
nuta podejrzliwości. - Macie je tutaj, prawda? Wiesz, ludzie huśtający się 
na żyrandolu, szermiercze pojedynki na sto.łach... wszystko to, co ciągle 
przytrafia się (...). No wiesz... przygody!
   [X.] opadł ciężko na łóżko.
   - Chcesz zobaczyć bójkę? - zapytał.
   - Tak. Co w tym złego?
   - Przede wszystkim ludzie odnoszą rany.
   - Ależ nie proponuję, żebyśmy wzięli w niej udział. Chcę ją tylko 
zobaczyć, nic więcej.


17.
[Y.] usiadł, a tu właśnie
Fotel pod nim jak nie trzaśnie,

Cztery nogi - w cztery strony,
Wstaje [Y.] potłuczony:

"Któż to zrobił mi, u licha?"
Na to [X.] ze śmiechu prycha:
(...)
Tu już [Y.] najwyraźniej
Dość miał całej tej przyjaźni:

"Lubisz psoty? Oto psota,
(...)

Przy tych słowach popadł w zapał,
Za czuprynę [X.] złapał,

Wytarmosił bez litości,
Porachował wszystkie kości

I za krzywdy tak odpłacił,
Że [X.] cały dowcip stracił.


18.
   W korytarzu panował lodowaty ziąb. Stałem rozebrany do naga twarzą do 
muru, z nosem nieomalże przylepionym do ściany, jako przedostatni spośród 
ośmiu innych oczekujących w kolejce do lekarza. Chciałem kogoś zobaczyć... 
no i udało się! Celowy przyłapał nas w chwili, kiedy szeptałem właśnie 
parę słów do Mota znanego także jako Pałkarz. Reakcja tego dzi.kiego 
rudzielca była straszna. Jednym uderzeniem pięści w tył głowy pra.wie mnie 
ogłuszył, a ponieważ nie spodziewałem się ciosu - rozkwasiłem sobie nos o 
ścianę. Krew trysnęła strumieniem. Podnoszę się, bo upadłem, otrząsam i 
próbuję sobie uświadomić, co mi się przytrafiło. Usiłuję protes.tować 
gestykulując, kolos jakby tylko na to czekał: kopniakiem w brzuch rozkłada 
mnie znowu na ziemi i zaczyna młócić bykowcem. Julot nie wytrzymuje. Rzuca 
się na niego, wywiązuje się straszliwa walka, a jako że trudno powiedzieć, 
by Julot był górą, strażnicy przyglądają się temu oboję.tnie. Wstaję, nikt 
nie zwraca na mnie uwagi. Rozglądam się dookoła za czymś, co mogłoby 
posłużyć za broń. Nagle dostrzegam doktora, który przechyliwszy się na bok 
w fotelu, próbuje dojrzeć z gabinetu, co się dzieje na korytarzu, i w tej 
samej chwili widzę podskakującą pod ciśnieniem pary pokrywkę na garnku. Na 
blasze węglowego piecyka ogrzewającego gabinet lekarski stoi wielki, 
emaliowany sagan. A ta para to pewnie służy do oczyszczania powietrza...
   I wówczas szybko, prawie odruchowo, chwytam sagan za ucha. Choć pa.rzy 
mnie w dłonie, nie puszczam go i jednym ruchem chlustam cały ten wrzątek w 
twarz salowemu, który tak był zajęty Julotem, że mnie nie zau.ważył. Z 
gardzieli potwora wydobywa się straszliwy ryk. Trafiłem bezbłęd.nie. Upada 
na podłogę, a ponieważ ma na sobie trzy wełniane swetry, z tru.dem mu 
przychodzi ściągnąć je z grzbietu. Trzeci schodzi razem ze skórą. Sweter 
ma wąski otwór na głowę i zanim blokowy zdążył ją przezeń prze.cisnąć, 
skóra z piersi, częściowo z szyi i z całego policzka zdążyła się do wełny 
przylepić. Oblałem mu wrzątkiem również jego jedyne oko i nic nie widzi. 
Podnosi się wreszcie. Wygląda okropnie, broczy krwią. Pokazuje się żywe 
mięso. Julot wykorzystuje to jeszcze i kopie go z całej siły prosto w 
podbrzusze. Gigant wali się z nóg, wymiotuje, toczy pianę z pyska. Dos.tał 
za swoje. Nas też nie minie.


19.
   Wydał im też instrukcje. Żadnych ciosów w czubek albo w tył głowy . żeby 
nie było jakiegoś przypadkowego nieszczęścia. Poza tym mogli iść na 
całego. Udzielił im tylko jednego ostrzeżenia:
   - Jeżeli ci gówniarze wyjdą ze szpitala wcześniej niż po miesiącu, 
wrócicie do prowadzenia ciężarówek.
   Dwaj masywni mężczyźni wysiedli z samochodu. Obaj byli eksbokserami, 
którym nigdy nie udało się wyjść poza małe kluby i którym [X.] dał drobne 
zajęcia lichwiarskie, tak że mogli zarabiać na przyzwoite utrzymanie. Ma 
się rozumieć, pragnęli okazać swoją wdzięczność.
   Kiedy Jerry Wagner i Kevin Moonan wyszli z baru, byli w nastroju 
doskonale ułatwiającym sprawę. Docinki dziewczyny podrażniły ich 
młodzieńczą próżność. Paulie Gatto, oparty o zderzak samochodu, zawołał do 
nich z urągliwym śmiechem:
   - Ty, Casanova, te dziwki was nieźle spławiły!
   Obaj młodzi ludzie z radością obrócili się przeciwko niemu. Paulie Gatto 
zdawał się być idealnym ujściem dla ich upokorzenia. Niski, drobny, z 
twarzą łasicy i jeszcze przemądrzały na dodatek. Rzucili się na niego 
ochoczo i natychmiast poczuli, że wykręcili im ręce dwaj mężczyźni, którzy 
złapali ich z tyłu. W tej samej chwili Paulie Gatto wsunął na prawą dłoń 
specjalnie zrobiony kastet, nabijany żelaznymi kolcami grubości jednej 
szesnastej cala. Uderzenie wyliczył dobrze, trenował w sali gimnastycznej 
trzy razy w tygodniu. Rąbnął chłopaka nazwiskiem Wagner prosto w nos. 
Człowiek trzymający Wagnera uniósł go z ziemi, Paulie zamachnął się i 
uderzył sierpowym w doskonale podstawioną pachwinę. Wagner zwiotczał, a 
masywny mężczyzna upuścił go na ziemię. Zabrało to nie więcej niż sześć 
sekund.
   Teraz obaj skierowali uwagę na Kevina Moonana, który usiłował krzyczeć. 
Człowiek przytrzymujący go z tyłu unieruchamiał go z łatwością jednym 
olbrzymim muskularnym ramieniem. Drugie zacisnął na szyi Moonana, żeby 
zdławić wszelkie odgłosy.
   Paulie Gatto wskoczył do samochodu i włączył silnik. Obaj ogromni 
mężczyźni tłukli Moonana na miazgę. Robili to przerażająco metodycznie, 
tak jakby mieli mnóstwo czasu. Nie zadawali ciosów bezładnie, tylko 
odmierzonymi, powolnymi seriami, w które wkładali cały ciężar swoich 
masywnych ciał. Po każdym ciosie słychać było odgłos pękającej skóry. 
Gatto zerknął na twarz Moonana. Była nie do poznania. Obaj mężczyźni 
zostawili Moonana leżącego na chodniku i zajęli się Wagnerem. Wagner 
usiłował się podnieść i zaczął wołać o pomoc. Ktoś wyszedł z baru i obaj 
mężczyźni musieli teraz pracować szybciej. Obalili Wagnera na kolana. 
Jeden złapał go za rękę i wykręcił ją, a drugi kopnął go w krzyż. Rozległ 
się trzask, a na ryk bólu Wagnera pootwierały się okna na całej ulicy. 
Obaj mężczyźni spieszyli się bardzo. Jeden przytrzymał Wagnera, ujmując 
jego głowę oburącz jak w imadło. Drugi grzmotnął olbrzymią pięścią, w tak 
unieruchomiony cel. Z baru wybiegli ludzie, ale nikt nie próbował 
interweniować. Paulie Gatto zawołał:
   - Chodźcie, wystarczy!


20.
   Nawet rycerze Okrągłego Stołu nie stoczyli nigdy zaciętszej walki jak ci 
dwaj. W jednej chwili [X.] wskoczył na kładkę, na której stał nieznajomy. 
Najpierw zafuszerował, a potem wymierzył taki cios w głowę, że gdyby 
doszedł do celu, tamten piorunem wylądowałby w strumieniu, lecz przeciwnik 
zgrabnie sparował cios i oddał mu nie gorzej, ale i [X.] zdążył sparować. 
Z dobrą godzinę walczyli nie cofając się o cal, wiele ciosów padło z obu 
stron, tu i ówdzie pojawiły się już sińce i guzy, a żaden z walczących ani 
myślał zawołać: .Dość., ani nie kwapił się spaść z kładki. Co pewien czas 
dla odpoczynku przerywali pojedynek i jeden myślał o drugim, że w życiu 
nie spotkał takiego mistrza w fechtunku na kije. Wreszcie [X.] trafił 
tamtego w bok, aż mu kurtka zakurzyła jak wilgotna strzecha na słońcu. 
Cios był tak potężny, że przeciwnik o mały włos nie zwalił się z kładki, 
ale błyskawicznie odzyskał równowagę i z prawicy wyrżnął [X.] w łeb, aż 
krew poszła, [X.] rozwścieczył się do białej gorączki i świsnął pałką z 
całych sił, ale tamten odparł cios i znowu grzmotnął [X.] tak pięknie, że 
[X.] na łeb i szyję zwalił się do wody, tak jak królowa w grze w kręgle.


21.
   Znałem osobiście pana Sakowicza, właściciela majątku Leszno koło 
Mołodeczna. Pan Sakowicz (nomen-omen, wywodził siebie od 
Sienkiewiczowskiego warchoła) był delicyjnym wzorem pieniacza.
   Bywało, nie ma jakoś z kim sądzić się. To idzie na wieś i daje w mordę 
spotkanemu chłopu.
   - Panoczku, czehoż hetta? . zdumiewa się uderzony.
   - Ty nie bądź durny, Hrehorka, bić jest zabronione, tak ty do sądu mnie 
podaj.
    -Ależ kaby za szto, panoczku...
   - Ja tobie mówię, prawuj się. Przychodź do mnie, sam tobie skargę 
napiszę.
   A widząc jeszcze wahanie, dodaje:
   - I wóz chrustu dodam.
   Przekupiony Hrehorka zgadza się i Sakowicz jest w siódmym niebie. 
Wypisuje Hrehorce sążnistą skargę wyrażeniami najsoczystszymi, mrożącymi 
krew w żyłach. Zabiega dla Hrehorki o świadectwo lekarskie. Zabiega dla 
ciebie o świadków, dla Hrehorki o kontrświadków . zabawa idzie na całego.


22.
   Wpada [X.], nowa postać rzeczy!
   Miejsce dysputy zastał placem wojny,
   Jeden drugiego rani i kaleczy,
   Wziął w łeb od razu nasz rycerz spokojny.
   Widzi, że skromność już nie ubezpieczy,
   Więc, dzielny w męstwie, w oddawaniu hojny,
   Jak się zawinął i z boku, i z góry,
   Za jednym razem urwał dwa kaptury.

   Lecą sandały i trepki, i pasy,
   Wrzawa powszechna przeraża i głuszy.
   Zdrętwiał [X.] na takie hałasy,
   Chciałby uniknąć bitwy z całej duszy,
   Więc przeklinając nieszczęśliwe czasy
   Resztę kaptura nasadził na uszy.
   Już się wymykał - wtem kuflem od wina
   Legł z sławnej ręki ojca [Z].


23.
   Spotkałem bliźniego mego, który ni stąd,  ni zowąd dał mi w pysk. 
Chciałem mu oddać, ale Dobro wzięło górę, opanowałem się¸ odwróciłem 
prawym policzkiem do niego i powiedziałem:
   - Teraz proszę z tej strony.
   - Coś pan, masochista?
   - Nie, chrześcijanin.
   - Nie szkodzi. Ja osobiście do chrześcijan nic nie mam.
   - Pan mnie źle zrozumiał. Chrześcijański nakaz brzmi: . Gdy ktoś 
cię uderzy w jeden policzek, nadstaw mu drugi..
   - Żeby mniej bolało?
   - Nie, żeby bił dalej. To znaczy na znak pokory. Pan rozumie.
   - Nie. Ale ostatecznie to nie moja sprawa.
   - Więc niech pan bije. W prawy, ponieważ w lewy już pan bił.
   -  Kiedy mi się już odechciało.


24.
   - To było olśniewające - zaczął młody człowiek w okularach, zbliżając 
się do bariery. - Nazywam się Marczak Anatol, jestem studentem 
Politechniki, mieszkam na Żoliborzu. Stałem w kolejce do autobusu. 
Widziałem, jak ta pani została zaczepiona w ordynarny sposób przez trzech 
drabów. Wyglądali na pijanych, jednym z nich jest ten oto, dwaj uciekli. 
Gdy ten przeszedł do rękoczynów, nagle w sam środek ktoś wskoczył, jakiś 
cień, nieuchwytny, nieokreślony - wszystko skotłowało się błyskawicznie i 
po chwili ten drab leżał na bruku, a drugi klęczał na ziemi, trzymając się 
oburącz, o tak. za głowę. Ciosów nie zdołałem zauważyć, wszystko stało się 
tak nagle, wydaje mi się tylko, że ów cień był niewysokiego wzrostu i 
zanim rozpłynął się w ciemnościach, kopnął jeszcze kilka razy leżącego w 
głowę i w brzuch. Wtedy podniósł się straszny krzyk. To wszystko. 
Olśniewające, czyż nie? Z takimi nie można inaczej. - Dziękuję - 
powiedział sierżant - jest pan wolny. - Proszę pani - zwrócił się 
młodzieniec w okularach do Marty - proszę sobie zapisać moje nazwisko. 
Jestem zawsze gotów świadczyć na pani rzecz w sądzie. Marczak Anatol, 
Kozietulskiego cztery. Trzeba raz na zawsze skończyć z tym łobuzerstwem.


25.
   Gwałtownym wyrzutem prawej ręki chwycił mały palec trzymającego go draba 
i szarpnął ku górze. Skutek był zdumiewający. Napastnik ryknął 
rozdzierająco, odskoczył do tyłu i potykając się usiadł na chodniku. [X.] 
odbiegł trzy kroki, obejrzał się i stanął jak wryty.
      Na chodniku siedział zwalisty drab, trzymając lewą dłonią przegub 
prawej i wpatrujący się w jej rozczapierzone palce. Trwało to zaledwie 
kilka sekund. Mężczyzna na chodniku wzniósł oczy ku niebu i padł na wznak, 
jakby stracił przytomność. [X.] zbliżył się ostrożnie. Prawa dłoń leżącego 
spoczywała na betonie chodnika, wokół niej tworzyła się w oczach ciemna 
plama krwi. [X.] pochylił się i dostrzegł, że w dłoni tej brakuje małego 
palca.
      Teraz dopiero poczuł, że w zaciśniętej pięści trzyma coś miękkiego. 
Powoli rozwarł dłoń, a potem ze wstrętem odrzucił jej zawartość. Był to 
mały palec napastnika.


26.
   - A więc ona jest tam. Tam ją schowali! Precz łajdaku!
   Szarpnął starego, ale ów odepchnął go od siebie. Nie posiadając się z 
wściekłości, Dymitr zamierzył się i z całej siły uderzył Grzegorza. 
Starzec runął jak podcięty, Dymitr zaś skoczył przez niego do drzwi. 
Smerdiakow stał na drugim końcu pokoju; blady i drżący przywarł do Fiodora 
Pawłowicza.
   (...)
   W rej chwili wrócił Dymitr. Istotnie stwierdził, że drugie wejście jest 
zamknięte na klucz, który leżał w kieszeni Fiodora Pawłowicza. Wszystkie 
okna były równie szczelnie zamknięte: zatem Gruszeńka nie mogła tu wejść 
żadną miarą ani też z powrotem wyskoczyć.
   - Trzymaj go! . pisnął Fiodor Pawłowicz na widok Dymitra. . On mi z 
sypialni pieniądze ukradł.
   Wyrwał się z rąk Iwana i rzucił się na Dymitra. Ów zaś podniósł obie 
ręce i nagle pochwycił starego za dwa ostatnie kosmyki, ocalałe na 
skroniach, szarpnął za nie do góry i z całych sił grzmotnął o podłogę. 
Zdążył jeszcze ze dwa czy trzy razy kopnął leżącego w twarz. Fiodor 
Pawłowicz przeraźliwie stęknął. Iwan Fiodorowicz chociaż słabszy od brata, 
objął go wpół i z całej siły oderwał od ojca. Alosza pomógł mu, chwyciwszy 
Dymitra od tyłu.


27.
   Kiedy poszliśmy z Ludeczką do pokoju, nie wiedziałem, o czym z nią 
mówić. Ludeczką pierwsza zaczęła:
   - Wyglądasz jak małpa - powiedziała mi.
   To mi się nie podobało, więc odpowiedziałem jej:
   - A ty jesteś baba! - i ona uderzyła mnie po twarzy.
   O mało co się nie rozpłakałem, ale się powstrzymałem, bo przecież mama 
prosiła, żebym był dobrze wychowany, więc tylko pociągnąłem Ludeczkę za 
warkocz, a ona kopnęła mnie w kostkę. Wtedy musiałem pisnąć, bo mnie 
zabolało. Już chciałem jej przyłożyć, ale Ludeczką zmieniła temat rozmowy 
i powiedziała:
   - No więc, pokazujesz mi te swoje zabawki?
   Miałem jej właśnie powiedzieć, że to są zabawki dla chłopców, ale ona 
zobaczyła mego pluszowego misia, tego, którego ogoliłem do połowy maszynką 
do golenia taty.
   - Bawisz się lalkami? - zapytała Ludeczka i zaczęła się śmiać.
   Już miałem ją pociągnąć za warkocz, a Ludeczka podnosiła rękę, żeby mnie 
uderzyć w twarz, kiedy drzwi się otworzyły i weszły obydwie nasze mamy.
   - No i jak, dzieci - spytała moja mama - dobrze się bawicie?


28.
   Tomek palcem nogi narysował na ziemi kreskę i powiedział:
   - Spróbuj przekroczyć tę linię, a dostaniesz tyle, ile wlezie. Spróbuj, 
zobaczysz!
   Nieznajomy natychmiast przekroczył kreskę mówiąc:
   - Zobaczymy, co teraz zrobisz.
   - Nie zbliżaj się! Uważaj!
   - No... na co czekasz?
   - Do licha! Daj dwa centy, a już biorę się do roboty. Nieznajomy wyjął z 
kieszeni dwa miedziaki i złośliwie się uśmiechając podał je Tomkowi. Ten 
podbił mu rękę i centy upadły na ziemię. Chłopcy rzucili się na siebie i 
sczepiwszy się jak dwa koty, zaczęli się tarzać po ziemi. Targali się za 
włosy, darli sobie ubrania, okładali się pięściami, rozdrapywali nosy i 
okrywali się kurzem i sławą. Wreszcie sytuacja się wyjaśniła i na polu 
walki z kurzawy wynurzył się Tomek - siedział okrakiem na nieprzyjacielu i 
okładał go kułakami.
   - Masz dosyć? - zawołał.
   Chłopak usiłował wyrwać się z uścisku i płakał, najwięcej ze złości.
   - Masz dosyć? i Tomek tłukł dalej.
   Wreszcie chłopak wykrztusił: .dosyć. i Tomek puścił go mówiąc:
   - Dostałeś za swoje. Na drugi raz uważaj kogo się czepiasz.
   Obcy chłopak oddalił się szybko, otrzepując ubranie, płacząc i 
pociągając nosem. Raz po raz oglądał się i odgrażał się Tomkowi. Tomek 
odpowiedział mu szyderczym śmiechem i z miną zwycięzcy ruszył do domu. 
Ledwie się jednak odwrócił, nieznajomy podniósł kamień, cisnął go i trafił 
Tomka między łopatki, po czym zwiał w podskokach.


29.
   A trzeba ci wiedzieć, że dziewczyny tam były paluszki lizać: łydziate 
takie, biedrzaste, piersiste. A gdy się te łobuzy madziarskie do nich w 
tańcu przyciskały, to było widać, że piersi tych dziewczyn są twarde, 
pełne solidne i że im się te karesy taneczne podobają, jednym słowem 
umiały ocenić przyjemności tłoku. Więc ten Mejstrzik skoczył żwawiutko i 
najładniejszą dziewuszkę zabiera bez ceremonii jakimuś honwedowi. Ten na 
niego z pyskiem, Mejstrzik dał mu zaraz porządnie w łeb, aż się Madziar 
nogami nakrył, a my za pochewki. Owinęliśmy rzemienie dookoła rąk, żeby 
nam bagnety nie powypadały, i rzuciliśmy się w wir tej zabawy, a ja 
objąłem komendę i wołam:, .Winny niewinny, wal bracie po kolei!. Szło nam 
jak po maśle. Honwedy oknem w nogi, a my ich za nóżki i wciągamy nazad do 
sali. Kto nie był z naszych, dostał zdrowo. Przyplątał się tam nie 
potrzebnie ich starosta i żandarm, więc też oberwali. Karczmarz też dostał 
po łbie, bo zaczął po niemiecku urągać, że psujemy zabawę. A potem 
wyłapywaliśmy po wsi jeszcze i tych, co chcieli się ukryć przed nami. 
Jednego ich zugsfuhrera znaleźliśmy w pewnym gospodarstwie na końcu wsi. 
Zaszył się głęboko w siano, ale na nic mu się to nie zdało, bo go 
zdradziła jego własna dziewczyna za to, że w karczmie tańczył z inną.


30.
   Rund przybywało. Czterdzieści trzy. Czterdzieści cztery. Czterdzieści 
pięć, czterdzieści sześć. Czterdzieści siedem, osiem, dziewięć. Widzowie 
byli już prawie tak wyczerpani, jak walczący.
   Wreszcie sierżant upadł. Zwalił się jak obumarły dąb, a odgłos jego 
upadku słychać było na całej plaży. Marynarz, zamroczony bólem, w dalszym 
ciągu grzmocił na oślep po.wietrze, bezsilnie szukając przeciwnika. A 
potem sam też upadł, równie bezwładny jak tamten. Sekundanci przenieśli 
bokserów do narożników, minęło pół minuty i żołnierze krzykiem wezwali 
swojego zawodnika, żeby wstał. Generał z czerwoną twarzą walił ręką w 
podłogę ringu, błagając Tinkera: .Wstań, wstań, chłopie, na miłość 
boską!", admi.rał zaś spurpurowiał, kiedy Grum zmusił się do dźwignięcia 
na nogi i chwiejąc się stanął w narożniku. .Dojdź do linii, chłopie, dojdź 
do linii!" . wołano. Także [S.] dopingował żołnierza, a arcyksiążę 
wyrzucał z siebie potok rosyjsko-francusko-angielskich zachęt dla 
marynarza, żeby dotarł na środek.
   Jeden i drugi wiedział, że przeciwnik jest pobity. Obaj słaniając się 
podeszli do linii i stanęli tam chwiejąc się, z bezwładnie opuszczonymi 
rękami. Obaj unieśli ręce i starali się zadać ciosy. Ale uszły z nich 
wszystkie siły. Upadli.
   Tłum oszalał, bo stało się jasne, że niepodobna, aby któryś z nich 
opuścił za pół minuty narożnik i wrócił do linii.
   Znowu rozległ się dzwon i zaległa niesamowita cisza. Bokserzy wstali po 
omacku, zawiśli na linach i chwiejąc się stali w swoich narożnikach. 
Marynarz jęknął i zrobił pierw.szy udręczony krok w stronę linii. Potem, 
po upływie zapie.rającej dech wieczności, następny. Żołnierz nadal stał w 
swoim narożniku, drżąc i słaniając się, bliski upadku. Po.tem jego noga 
zatoczyła żałosny łuk i rozległy się obłędne wrzaski - ponaglenia, 
zachęty, błagania, modlitwy, prze.kleństwa, które zlały się w jeden 
ostateczny ryk nieprawdo.podobnego podniecenia, kiedy rywale posuwali się 
chwiej.nie cal po calu. Raptem żołnierz zatoczył się bezradnie i prawie że 
się poślizgnął, na co generała o mało nie trafiła apopleksja. A wtedy 
także marynarz zakołysał się jak pijany, admirał zaś na ten widok zaniknął 
oczy i z twarzą zlaną potem modlił się. Kiedy obaj bokserzy dotarli do 
linii i po.nad linami frunęły na ring ręczniki, rozpętało się piekło, lecz 
dopiero gdy na ringu zakotłowało się od skaczących ludzi, walczący 
przestali wątpić, że to koniec mordobicia. I dopiero wtedy pozwolili sobie 
na zatracenie się w potwornym bólu, nie wiedząc, kto wygrał, a kto 
przegrał, czy to jawa, śmierć, sen czy życie - a tylko to, że dali z 
siebie wszystko.



Miłego zgadywania,

Paweł

STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY . [ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA . CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA
[ hosted by artserwis.pl - praca , - portal twórców ] [ VIRTUS3 DESIGN ]