STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY .
[ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA .
CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA

From: Michal Jankowski <michalj@fuw.edu.pl>
Subject: [konkurs] góry, szczyty itp.
Date: Tue, 01 Feb 2005 23:21:14 +0100
Message-ID: <2nfz0fyl9h.fsf@ccfs1.fuw.edu.pl>

[...]

1. 2+2

Wszyscy mieli nogi obolałe i bardzo byli zmęczeni, lecz wytrwale
wlekli się przez kilka jeszcze mil uciążliwej, krętej drogi. Słońce
minęło zenit i przeszło na zachodnią stronę nieba. Odpoczywali krótko,
zjedli coś naprędce i szli dalej. Przed nimi piętrzyły się góry, oni
jednak idąc głębokim parowem widzieli tylko ich najwyższe grzbiety i
odległe wierchy na wschodzie.

W końcu doszli do ostrego skrętu. Droga, która dotychczas prowadziła
na południe klucząc między krawędzią rzecznego koryta po prawej a
stromym zboczem ku lewej stronie - tu zawracała znowu prosto na
wschód. Za zakrętem ujrzeli ścianę skalną niezbyt wysoką, mierzącą nie
więcej niż trzydzieści stóp, poszczerbioną u szczytu na kształt piły.
Przez szeroki wyłom, który zapewne wyżłobił sobie niegdyś potężny i
obfity wodospad, ściekała ledwie nikła strużka.


2. 1+1

Lęki! wzdychania! rozżalenia,
Przenikające nieświadomy
Bezmiar powietrza!... Hen! na złomy,
Na blaski turnie, na ich cienia
 
Stado sie kozic rozprzestrzenia;
Nadziemskich lotów ptak łakomy
Rozwija skrzydeł swych ogromy,
świstak gdzieś świszcze spod kamienia.

A między zielska i wykroty,
Jak lęk, jak żal, jak dech tęsknoty,
Wtulił się krzak tej dzikiej róży.


3. 2+2

Osiem tysięcy siedemdziesiąt pięć metrów. 
Serce przepełnia ogromna radość.
- Ach, gdyby tamci wiedzieli!
Gdyby wszyscy wiedzieli!

Szczyt ma kształt lodowego grzebienia pocietego półkami. Po drugiej
stronie straszne, niezgłębione przepaście opadaja pionowo spod naszych
nóg.  Chmury płyną w połowie wysokości góry, kryjac łagodną i żyzną
dolinę Pokhara, leżącą siedem tysięcy metrów poniżej nas. Ponad nami
nie ma nic.

Zadanie jest wykonane. Ale spełniło się coś znacznie większego. Jakże
piękne będzie teraz życie!

Jestem wzruszony. Nigdy nie odczuwałem jeszcze tak wielkiej i czystej
radości. Ta najwyższa brunatna skała... lodowa grań... czyż to jest
cel całego życia? Granice dumy?


4. 1+1

Wyniosłe góry dwoma pasmami spływały ku Łysicy i wrastały w nią, ażeby
dalej iść jednym grzbietem wysokim i najeżonym skałami. Stał jeszcze
po nich wszędzie las, jak władca, i rozpościerał swe panowanie.
Granatowe jego łany osędziały od śniegu. Gięły się na odległych
garbach gór i niby długie srebrnoszare zwoje spływały przestronnymi
wąwozami ku dolinom, gdzie już osiadł zimny cień wieczora. Na krańcach
leśnych rozpoczynała się dziedzina jałowcu, równie dzika i rozległa.
Zasnute śniegiem jałowce zdały się być z mrozu samego utkane i tak
przedziwnie złudne, jakby na nie w biały jeszcze dzień padało światło
księżyca. Ta ziemia, opasana borem, skryta w jego tajemnicy, miała w
sobie grozę i wspaniałą dumę.


5. 2+2

Posuwając się w tę stronę, natrafiliśmy na wąski, kręty wąwóz górski,
a następnie po przebyciu jeszcze jednej niewielkiej kotlinki
dostaliśmy się na szeroką, zieloną dolinę, ciągnącą się wprost ku
południu.

Po obu jej stronach wznosiły się wysokie pasma gór z licznymi,
tkwiącymi w ich trzonie kraterami, podobnymi do tych, które zasiewają
bezpowietrzną półkulę Księżyca. Szczyty gór pokryte były śniegiem;
śnieg, spadły widocznie w nocy, leżał także jeszcze miejscami w
dolinie, tając dopiero w promieniach niewiele nad horyzont
wzniesionego słońca.

Ściekające zeń wody tworzyły spory potoczek, płynący bystro w licznych
zakrętach.

W tej dolinie postanowiliśmy zatrzymać się pewien czas, przekonaliśmy
się bowiem, że dalsza droga na południe o tak wczesnej porze dnia
narażałaby nas na dotkliwe zimno w okolicach, gdzie jest coraz większa
różnica między średnią ciepłotą dnia a nocy.


6. 2+2

Nasz początkowy zapał zniknął i marsz zamieniał się w ponurą
walkę. Nagle zauważyłem, że grań przede mną zamiast wznosić się jak
poprzednio, opada ostro, a w dole dostrzegłem Przełęcz Północną i
lodowiec Rongbuk. Spojrzałem w górę: wąska, biała grań spiętrzyła się
w śnieżny wierzchołek. Jeszcze kilka uderzeń czekana w twardy śnieg i
oto staliśmy na szczycie.

Moim pierwszym uczuciem była ulga - ulga, że nie trzeba już rąbać
żadnych stopni, pokonywać żadnych grani, wspinać się na żadne garby
łudzące nadzieją sukcesu. Spojrzałem na T. Mimo że kaptur, gogle i
maska tlenowa, cała zarośnięta długimi soplami lodu, ukrywały jego
twarz, nie do ukrycia byl zarazliwy uśmiech szczerej radości, z jakim
rozglądal się wokoło. Uścisnęliśmy sobie ręce, po czym T. objął mnie i
zaczęliśmy klepać się po plecach niemal do utraty tchu. Była godzina
jedenasta trzydzieści. Grań szczytowa pochłonęła nam długie jak życie
dwie i pół godziny.



7. 2+2

Miałem ochote zerwać hełm z głowy, żeby choć raz zaczerpnąć świeżego
powietrza. Mimo woli oglądałem się za siebie. Towarzyszom, mniej
wprawnym w chodzeniu po górach, musiało być jeszcze ciężej. Zgarbieni,
szli powoli we mgle pełznącej w górę zbocza niskimi obłoczkami. Szczyt
dawno już zniknął nam sprzed oczu: góra rozstąpiła się popękanymi
płytami w dwie strony, jakby przeszła tędy odkładnica potwornego
pługa. dno żlebu zaścielał białawy, suchy piarg, wysoko ponad
krawedziami obrywów śmigały w górę żółtawe, szare i brunatne
turnie. Spod ich groznie przewieszonych żeber rozchodziły się stożki
nasypowe. O ósmej rano, w siedemnaście godzin od katastrofy, po
wielkich, zwietrzałych głazach wspięliśmy się na szczyt.


8. 1+1

Tu szczyt... lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.
Spojrzę... Ach! pod stopami niebo i nad głową
Niebo... Zamknięty jestem w kulę kryształową;
Gdyby ta igła lodu popłynęła ze mną
Wyżej - aż w niebo... nie czułbym, że płynę.
Stąd czarne skrzydła myśli nad światem rozwinę.


9. 3+3

Skoro tylko zaczęło świtać, przy nieustannym łomocie wiatr opuszczamy
niezbyt przytulny oboz II. Pewno nasi następcy rozbuduja go, zmienia
na inny ten, może na Mazurach przydatny namiot - my w kadym razie
zrobiliśmy swoje a nawet więcej - Dwójka stoi. Obwiązujemy jeszcze
nasze "cudo" i bez nadmiernego żalu ni straty czasu obniżamy się na
Lho Lę. Nie jest to kres naszej dzisiejszej wędrówki, marzy nam się
obiad w Bazie, prawdziwe jedzenie, prawdziwe picie, mycie oraz spanie
u siebie. Ale na razie Lho La - tu życzliwie wyciągnięta z "Turni"
ręka podaje nam menażkę pełną kaszki bananowej dla dzieci od 4
miesięcy. Ależ ich zaskoczyliśmy - Mirka i Wacka, leżą jeszcze w
śpiworach, ledwo zaczęli gotować, gdy my tymczasem zjawiamy się z góry
niczym wyrzut sumienia. Więc kaszka, łyk herbaty (brr, ohyda) i już -
dziękujemy za goscinę - podrywamy się do dalszej drogi, bo wiem z
doświadczenia jak łatwo się zasiedzieć i nie ruszyć wcześniej aż
nasteępnego dnia. Nie, jeszcze nie tym razem, chocia bardzo mi się nie
chce, zmuszam się do powstania, zarzucenia plecaka i marszu wreszcie
przez połogie przestrzenie Lho Li.

Szczelina brzeżna, próg skalny, poręcz i to niestety prowadzące w
górę, aż na grań Khumbutse. Ależ ta droga jest zwariowana, aby wrócić
do bazy po wyczerpujących dniach pracy musisz, bracie, dla całkowitego
juz masochizmu wspiąć się jeszcze ok. 300 m do góry i dopiero wtedy
przytąpić do zwyczajowych zjazdów.


10. 2+2

Ach, ten "second step"! Te okropne trzy metry skały! Tak pociesznie
banalne jest to, co niemożliwe. Niepotrzebne plus niemożliwe równa się
tragedia. Fakt, iż Mallory skapitulował i musiał zawrócić nie jest
decydujący. Pozostał na Evereście, ponieważ umarło jego szaleństwo, a
wraz z nim nadzieja. Mallory miał prze sobą alternatywę: szczyt albo
śmierć. Jak mógłby wymknąć się śmierci po nieudanym odwrocie? Jak nie
dać się szaleństwu? Butle tlenowe były puste, a otępiały umysł nie
odróżnia szczytu od śmierci. Mallory wyczerpal wszystkie swe
możliwości i wyruszył w drogę powrotną, która błądziła w nocy i mgle.
Na końcu wszystko się rozpłynęło. Jego los zostal przesądzony.


11. 2+2

Byli już w górnej partii filaru. Skała, nadal chropawa, zaczynała
powoli, a przez to jak gdyby podstępnie odpychać, coraz wyrazniej
przewieszona i bez uczciwych zaklinowań nie dałoby się tak iść; kilka
metrów wyżej szczelina, do tego miejsca wyrazna, zasklepiła się,
P. miał jeszcze jakieś pięć metrów swobodnej liny, lecz kazał ją
ściągnąć M., by się rozejrzeć. R. przeszedł tędy - bez haków, bez liny
i bez asekuracji. - A więc i ja to potrafię - pomyślał. Szukał po
omacku nad sobą; kostka prawej stopy, zaklinowanej w ostatnim
koniuszku szczeliny, która go dotąd prowadziła, ostro zakłuła od
forsownego skręcenia; mimo to nie ustawał w wysiłkach. Naraz samymi
czubkami palców zmacał listewkę, węższą od opuszki; można sie było na
niej podciągnąć, ale co dalej?


12. 2+2

Przez następne dwie godziny Beidleman, Groom, dwóch Szerpów i
siedmioro klientów chodziło po omacku wkoło, mając nadzieję, że natkną
się na obóz. Byli coraz bardziej wyczerpani i wychłodzeni. W którymś
momencie znalezli parę wyrzuconych butli tlenowych i wydawało im się,
że namioty są gdzieś blisko, ale nie byli w stanie ich zlokalizować.
"Panowal totalny chaos - mówi o tym Beidlman. - Ludzie chodzili we
wszystkich kierunkach. Wrzeszczałem na nich, żeby słuchali jednego
kierownika. wreszcie około 22.00 przeszedłem jakieś małe wzniesienie i
poczułem się tak, jakbym stał na krawedzi. Tuż za nią wyczuwałem
ogromna otchłań".

Grupa nieświadomie zboczyła w kierunku najbardziej na wschód
wysuniętej krawędzi przepasci, która kończyła sie 2000-metrową
przepaścią ściany Kangchung. Byli na tym samym poziomie co Obóz 4,
tyle że 300 metrów w bok od niego. Beidlman wspomina: "Wiedziałem, że
jeśli nie przestaniemy błąkać się w wichurze, wkrótce kogoś
stracimy". Czułem się wyczerpany ciągnięciem Yasuko. Charlotte i Sandy
niemal nie były w stanie stać na własnych nogach. Krzyknąłem więc,
żeby wszyscy się stłoczyli w jednym miejscu i przytuleni do siebie
poczekali na przerwę w burzy.


13. 2+2

Ogarnięci melancholią powedrowali dalej. Ścieżka pięła się wyżej i
wyżej, czuli coraz większe zmęczenie i było im coraz zimniej. W końcu
usiedli, żeby chwilę odpocząć. Wszędzie dokoła toczyły się zwały
chmur, a oni przypatrywali się im w milczeniu. I nagle w ciemnym
niebie powstała szczelina, a po chwli całe morze chmur znalazło si pod
nimi. Widziane z góry wyglądały tak miękko i były tak piękne, że miało
się ochotę brodzić w nich nurzać się i tańczyć.
- Jesteśmy teraz nad chmurami - oznajmił uroczyście W.


14. 2+2

Pochyliłem sie do przodu i przyłożyłem nóż do liny.

Nawet nie trzeba było go naciskać. Naprężona żyła strzeliła przy
zetknięciu z ostrzem, a ja, nie ściągany już dłużej w dół, poleciałem
na plecy. Cały się trząsłem.

Oparty plecami o śnieg, usiłowałem wyrównać oddech. W skroniach walił
mi oszalały młot. Potok śniegu zaszuścił tuż obok. Nie reagowałem,
mimo iż spływał mi po twarzy i piersi, wciskając się pod rozsunięty
zamek i sięgając coraz niżej. Nieprzerwany strumień przelewał się nade
mną ku dołowi, ponad przeciętą liną, w stronę Joe.

Myślałem tylko o jednym udało się, żyję. Od chwili, gdy przeciałem
linę, pytanie gdzie był teraz Joe i czy jeszcze żył, już mnie nie
dotyczyło. Nie ciążył mi więcej. Dokola miałem wiatr i lawiny.

Usiadłem w normalnej pozycji i luzny zwój sznura upadł na śnieg. Z
płytki sterczała wystrzępiona końcówka - jego już nie było. Czy ja go
naprawdę zabiłem? Nie chciałem o tym myśleć, ale coś w środku
powtarzało, że tak.


15. 2+2

Teraz zaczęliśmy wspinać się na zbocze Sneffelsa; ośnieżony jego
wierzchołek, na skutek złudzenia optycznego zdarzającego się często w
górach, wydawał mi się bardzo bliski, choć w rzeczywistości trzeba
było wielu długich godzin, aby go osiągnąć. A przede wszystkim jakiego
wymagało to wysiłku! Kamienie, których nie łączyły ze sobą ani ziemia,
ani trawa, usuwały się nam spod nóg i spadały gdzieś na równinę z
szybkością lawiny.

W niektórych miejscach stoki góry były tak strome, że nie sposób było
wspiąć się na nie i musieliśmy z wielkim trudem omijać te kamieniste
zbocza. Pomagaliśmy sobie, podciągając sie nawzajem za pomocą okutych
kijów. Muszę przyznać, że wuj trzymał się przy mnie możliwie jak
najbliżej; nie tracił mnie z oczu ani na chwile i nieraz ramię jego
udzielało mi pomocy. On sam mial jakieś wrodzone poczucie równowagi,
gdyż ani razu sie nie potknął.


16. 1+1

W dali rysowało się na tle nieba długie pasmo innych szczytów, a ona
wznosiła się bliżej i osobno, zupełnie jak wyspa wśród morza dżungli.
Gdy przyjechali bliżej, okazało się, że strome jej boki oblewa pętlica
tejże samej rzeki, nad którą siedzieli poprzednio. Szczyt był ścięty,
płaski zupełnie i widziany z dołu, wydawał się pokryty jednym gęstym
lasem. S. wyliczył, że skoro cypel, na którym rósł ich baobab,
wyniesiony był na siedemset metrów, a góra ma osiemset, będą więc
mieszkali na wysokości tysiąca pięciuset metrów, a zatem w klimacie
niewiele już gorętszym od egipskiego. Myśl ta dodała mu otuchy i chęci
do jak najprędszego zajęcia tej naturalnej fortecy.

Jedyny grzbiet skalisty, który do niej prowadził, znaleźli łatwo i
poczęli się nim wspinać. Po upływie półtorej godziny stanęli na
szczycie.



STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY . [ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA . CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA
[ hosted by artserwis.pl - praca , - portal twórców ] [ VIRTUS3 DESIGN ]