STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY .
[ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA .
CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA

From: "agulka77" <agulka77@USUNTOinteria.pl>
Subject: [konkurs] i nic jeść nie będziesz, kleiczek i basta
Date: Sun, 23 Apr 2006 20:05:14 +0200
Message-ID: <e2gfjd$m2i$1@nemesis.news.tpi.pl>

[...]

1.

MIELONE KOTLETY

Rozmiękczyć bułeczkę w wodzie albo mleku.

Wycisnąć starannie, skręcić przez maszynkę.

A kiedy już masz to za sobą, człowieku,

wraz z mielonym wymieszaj! Pieprzu odrobinkę

i soli tam dodaj! I całe jajeczko,

żeby nam się scaliło to mięso z bułeczką!

Podsmażyć cebulkę, by smak był ostrzejszy,

rumianą wraz z tłuszczem dodać zawsze warto!

A później formować kotlety. Dla Zuzanny - mniejszy,

a wszystkie obtoczyć bułką suchą, tartą!

Na tłuszczu gorącym po dwóch stronach smażyć

i pilnować, by niezbyt je przypiec - po pierwsze,

a po drugie - przez cały czas marzyć,

żeby lepsze były niż te moje wiersze.



2.

Codziennie przychodziło kilkaset paczek, a żadna nie ważyła mniej jak dwa
kilogramy, przeciętne paczki miały cztery - pięć kilogramów. Byli ludzie
mądrzy, którzy przysyłali paczki małe, ale często. Rodzina Genka
Kuczyńskiego z Piastowa pod Warszawą wysyłała codziennie jedną paczkę
jednokilogramową. Było tam pół kilograma chleba, a może nawet więcej - do
tego dziesięć dekagramów tłuszczu, ze dwadzieścia dekagramów wędliny,
kilkanaście papierosów i inne drobiazgi. Paczki były numerowane i on zawsze
wiedział, czy dostaje wszystkie. Dobra strona takiego systemu polegała na
tym, że z takiej małej paczki nic nie kradli i więzień otrzymywał ją w
całości. Duże paczki były okradane przez więźniów, którzy pracowali w
paczkarni - ale to była niewielka kradzież, bo co mogło zabrać nieoficjalnie
kilku ludzi pracujących w paczkarni? Niewiele. Właściwa kradzież odbywała
się oficjalnie, przy wydawaniu, w obecności właściciela. Esesman wysypywał
zawartość paczki na stół i jeśli była to paczka mała - kazał zabierać; lecz
gdy była to duża, kilkukilogramowa paka - kroił. Ze dwa kilogramy boczku -
chlast na pół i jedną połowę rzucał za siebie pod ścianę. Trzy pęta suchej
kiełbasy - łup na kupę jedno albo dwa pęta. Ciasto - rżnął, kura pieczona -
cała na kupę. I tak z każdym lepszym produktem.



3. Teściowie, jak sądzę, byli ludźmi bogatymi, aczkolwiek po wojnie już
służby nie trzymali i teściowa sama robiła wszystko. Przed wojną bywało
różnie, od jednej służącej do dwóch i bony do dzieci, ale poniższe
wydarzenie musiało chyba zaistnieć przy jednej. Goście siedzieli przy stole,
teściowa zwróciła się do sługi:

- Podaj, Maryniu, herbatę.

- Kiej ni mo sensu, proszę pani - odparło na to dziewczę grzecznie.

Teściowej podobno zrobiło się gorąco.

- Ja cię nie pytam, czy jest sens, czy go nie ma - rzekła głosem spiżowym. -
Proszę podać herbatę!

- Kiej mówię przecie pani, że ni mo sensu!

Zanim się okazało, że zabrakło świeżo zaparzonej esencji, teściowa przeżyła
katusze. Jej ambicją była doskonałość tak sług, jak i gospodarstwa,
kompromitacja zaś nastąpiła przy obcych osobach.



4.

Półmiski jak zwykle napełniły się potrawami. Kuchenne skrzaty powyjmowały
chyba wszystko, co było pochowane w spiżarni na specjalne okazje. Takiej
różnorodności potraw A nigdy jeszcze nie widział, zwłaszcza że niektóre były
na pewno zagraniczne.

- Co to jest? - spytał B, wskazując na wielki półmisek z jakimiś
skorupiakami w sosie, stojący obok imponującego puddingu z siekanego mięsa.

- Bouillabaisse - odpowiedziała C.

- I ja ciebie też! - zawołał B.

- To francuskie danie - dodała C - Jadłam to dwa lata temu podczas wakacji,
jest bardzo smaczne.

- Wierzę ci na słowo - rzekł B, nakładając sobie porcję puddingu.



5.

Baronowa von Botzenheim usiadła na podanym jej krześle przy łóżku X i
rzekła:

- Ceśki solniesz tobra solniesz, kalika być topry solniesz. Barso libić
caśki Austriak.

Przy tych słowach głaskała X po jego nie golonej twarzy i mówiła dalej:

- Ja witać wsistko w gazeta, ja psinosić jeść, papu, palić, pić. Ceśki
Sośnierz topra solniesz. Johann, kommen Sie hier!

Kamerdyner, przypominający swoimi bokobrodami zbójnika Babińskiego,
przyciągnął ku łóżku olbrzymi kosz, podczas gdy towarzyszka starej
baronowej, wysoka dama o zapłakanej twarzy, przysiadła na łóżku podpierała X
słomianą poduszą, bo sobie uroiła, że tak właśnie trzeba dogadzać chorym
bohaterom.

Tymczasem baronowa wyjmowała z kosza prezenty. Tuzin pieczonych kurcząt
pozawijanych w różową bibułkę i poprzewiązywanych czarno-żółtą wstążką
jedwabną, dwie butelki jakiegoś wojennego likieru z etykietką "Gott strafe
England!" Na drugiej stronie etykiety był obrazek Franciszka Józefa i
Wilhelma, trzymających się za ręce, jakby bawili się w zajączka.



6.

- Proszę siadać! Niechajże państwo siadają! Panna młoda ze swoją swanią! Pan
młody ze swoim swatem! Druga swania i drugi swat razem! Pierwsza panna
drużka! Gdzie pierwsza panna drużka? Proszę za mną! ślicznie proszę! Druga
panna drużka z drugim panem drużbantem. Trzecia panna drużka z trzecim panem
drużbatem. Muzyka! hej! słyszycie tam, muzykusy! Zaniewscy, hej! siadać na
tę bryczkę. tam. za asystą!...

I tak dalej, i tak dalej, przez dobry kwadrans, aż na koniec wszystko razem
gruchnęło, zabrzmiało, zatętniło, wybuchnęło muzyką, śmiechem, krzykami,
parskaniem koni i z gęstego tumanu kurzawy, który wzbił się nad Fabianowi
zagrodą, wytoczyło się na gładki, spłowiały kobierzec uścielający szerokie
pole, pod bladozłote słońce, w przejrzyste jak kryształ powietrze.

W zagrodzie Fabiana przecież nie zapanowała zupełna cisza. Przynajmniej
połowa zebranego towarzystwa pozostała tu i raczyła się żywnością
rozstawioną na stołach, przy których potem, aż do zachodu słońca coraz
zmieniali się biesiadnicy. Do rosołów, pieczeni, kiełbas, naleśników,
makaronów, przeplatanych umiarkowanie popijanym miodem i piwem, zasiadano,
dla ciasnoty miejsca, partiami z pary dziesiątków osób składanymi. Gdy jedni
w świetlicy zajadali, inni, czekając na kolej swoją lub ją odbywszy, w
ogrodzie i na drodze przechadzali się, zalecali, gwarzyli.



7.

Krzyżacy i Krzyżaczki wydali stosowne okrzyki, dwóch starszych nawet
zapytało, czy obrazki są na sprzedaż, Lula się obruszyła i można było
wreszcie przystąpić do kaszanki z piwem.

Kaszanka się sprawdziła, podobnie kiełbasa myśliwska zaprezentowana
kłamliwie jako własnego wędzenia, miód rzekomo z pasieki sąsiada, jajka
faszerowane (rzekomo od naszych kur), masło (rzekomo z mleka od sąsiedzkiej
krowy) i konfitury (oczywiście rzekomo własnej roboty) podane do bułeczek
drożdżowych, naprawdę upieczonych przez Lulę i Ewę. Niemcy byli zachwyceni,
a miary ich zachwytu dopełniła babcina nalewka wiśniowa (ten przeczasiały
kirsz z delikatesów), zaserwowany w wytwornym szkle przez Wiktora.

Jeden z tych najstarszych Niemców, którzy chcieli kupić obrazki, poprosił
nawet babcię o przepis na nalewkę. Oryginalny smak - mówił po niemiecku, ale
to akurat łatwo było zrozumieć. Babcia jednakże dała mu odpór, stwierdzając
bardzo godnie, że to tradycja rodzina, produkt lokalny i można się tego
produktu napić wyłącznie tu.



8.

W chwili gdy X położył rękę na klamce, jakiś obcy głos kazał mu wejść.
Usłuchał.

Był to jego własny pokój. To nie ulegało wątpliwości. Ale zaszła w nim
dziwna zmiana!

Ściany i sufit były przystrojone zielonymi gałęziami, tak że cały pokój
wyglądał jak altana ozdobiona mnóstwem purpurowych jagód. Liście bluszczu,
jemioły i ostrokrzewu odbijały światło i wyglądały jakby mnóstwo małych
zwierciadeł. Na kominku płonął tak silny ogień, jakiego za czasów X i
Marleya, od wielu, wielu lat nie znał.

Na podłodze był urządzony jakby tron ułożony z indyków, gęsi, kaczek,
dziczyzny, wielkich kawałów pieczeni, prosiąt, długich wianków kiełbas,
puddingów, beczułek z ostrygami, pieczonych kasztanów, różowych jabłek,
soczystych pomarańczy, apetycznych gruszek, olbrzymich placków i naczyń z
wrzącym ponczem - a wszystko to napełniało cały pokój przedziwnym zapachem.
Na tym tronie rozparł się wygodnie, wspaniale wyglądający, wesołego oblicza
olbrzym. W ręku trzymał płonącą pochodnię w kształcie rogu obfitości i
unosił ją wysoko, aby oświecić X w chwili, gdy ostrożnie zaglądał do pokoju.

- Wejdź! - zawołał ów duch. - Wejdź, przyjacielu, musimy się przecież
poznać.

X wszedł nie bez trwogi i pochylił głowę przed zjawą.

Nie był to już ten śmiały, niczego nie obawiający się, dawny X; teraz,
chociaż oczy ducha pełne były pogody i łagodności, to jednak unikał jego
spojrzenia.



9.

- Czy coś się stało? - zapytała Akwila.

- Co? - Panna Tyk wyglądała tak, jakby zapomniała o obecności dziewczynki. -
O.. nie. Ja tylko... myślałam. posłuchaj, może byśmy poszły coś zjeść.

Przez chwilę wydawało się, że w gospodzie nie ma żywej duszy, ale panna Tyk
zawędrowała do kuchni i znalazła tam kobietę, która obiecała im kilka
maślanych bułek i herbatę. Kobieta sama była zdziwiona swoimi słowami, bo
wcześniej nie zamierzała niczego podawać, tak się składało, że był to jej
wolny dzień aż do przyjazdu powozu, ale panna Tyk umiała pytania zadawać w
ten sposób, by otrzymywać odpowiedzi, których sobie życzyła.

Czarownica poprosiła także o jedno świeże niegotowane jajko w skorupce.
Wiedźmy też nie najgorzej sobie radzą z prośbami, na które druga osoba nie
odpowie pytaniem "dlaczego"



10.

Po upływie półgodziny marchewka gotowała się na małym ogniu, obrane
ziemniaki czekały swojej kolejki, a A doprowadzała wnętrze kuchni do
porządku. Z całą pewnością nie było to zajęcie, które by korespondowało z
jej aktualnym stanem ducha. Pracę tę wykonać miała B, i to wczoraj
wieczorem, ale od podobnych czynności migała się tak konsekwentnie, że nie
budziło to już nawet niczyjego zdziwienia. A przypasała fartuch, westchnęła
z odrazą i odkręciła kran z gorącą wodą. Zakrzepły tłuszcz, kawałki makaronu
i strzępki kapusty. Ohyda. Kiedy odszorowała pierwszy talerz, do kuchni
weszła B zjawiskowo piękna w swojej nowej sukni uszytej z dwóch wielkich
tureckich chust.

(.)

- Co robisz? - spytała nie patrząc w stronę A. - Zmywasz?

- Nie - odparła nagle A i zakręciła kran. - Nie, nie zmywam.

- Zwariowałaś? I co, będą tak stały te gary? - zatroszczyła się B.

- Nie będą. Bo ty je umyjesz.

- Ja?

- Ty! - wrzasnęła A.

- Nie mogę - rzekła B pobłażliwie. - Właśnie pomalowałam paznokcie.

- Ja też! - krzyknęła A. Wyrwała jej buteleczkę z lakierem i zgrzytając
zębami, przejechała sobie pędzelkiem po wszystkich palcach pod rząd.



11.

Maćkowi jednakże zrobiło się zaraz nazajutrz znakomicie lepiej. Spał do
późna, a zbudziwszy się wołał o jedzenie. Na niedźwiedzie sadło nie mógł już
patrzeć, ale za to rozbito mu dwadzieścia jaj do rynki, gdyż na więcej nie
chciała przez ostrożność A pozwolić. On zaś spożył je łapczywie wraz z
półbochenkiem chleba i popił garncem piwa, po czym jął wołać, by mu
przywiedli Zycha, bo mu się uczyniło wesoło.







Smacznego

agulka77



agulka@USUNTOinteria.pl








STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY . [ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA . CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA
[ hosted by artserwis.pl - praca , - portal twórców ] [ VIRTUS3 DESIGN ]