STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY .
[ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA .
CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA

From: Tomasz Radko <trad@interia.pl>
Subject: [konkurs] Literatura łagodzi obyczaje
Date: Tue, 06 Jul 2004 11:54:38 +0200
Message-ID: <ccdsjv$9g6$1@shodan.interia.pl>

[...]

W pytaniach jest zapewne mnóstwo literówek - wyczyściłem klawiaturę, 
w efekcie muszę korzystać z rezerwowej, w której niektóre literki 
nie kontaktują. Ad rem:

=========================
1. Tytuł, autor, na jakim instrumencie grają bohaterowie 
przedstawionego dialogu.

- To bardzo trudne, panie. Muzyka istnieje po prostu po to, by 
wypowiedzieć to, czego nie da się ująć w słowach. W tym sensie nie 
jest sztuką w pełni ludzką. Czyżbyś więc wreszcie odkrył, że nie 
jest przeznaczona dla króla?
- Odkryłem, że istnieje dla Boga.
- I pomyliłeś się pan, ponieważ Bóg mówi.
- A zatem dla ucha?
- To, o czym nie mogę mówić, nie jest przeznaczone dla ucha, panie.
- Dla złota?
- Nie, złoto nie jest wszak słyszalne.
- Dla sławy?
- Nie. To tylko nazwiska zyskują renomę.
- Dla ciszy?
- Cisza jest tylko przeciwieństwem mowy.
- Może dla rywalizujących ze sobą muzyków?
- Nie!
- Dla miłości?
- Nie.
- Dla tęsknoty za miłością?
- Nie.
- Dla osamotnienia?
- Nie, nie.(...) Małe źródełko dla tych, którym brak słów. Dla 
wspomnienia o dziecku. Dla uderzeń szewskiego młotka. Dla stanu, 
który poprzedza dzieciństwo. Kiedy się nie zna jeszcze oddechu. 
Kiedy się nie zna światła.

=========================
2. Tytuł, autor

Muzyka skończyła się wreszcie, bo posługaczka wniosła samowar. Horn 
pomagał nakrywać stół i sam rozstawiał szklanki.
- Wilczek, trzy razy pan sfałszowałeś. Wziąłeś pan C zamiast D, 
potem jechałeś pan o jedną oktawę niżej - zaczął Blurnenfeld.
- Nic nie szkodzi, bo was dogoniłem prędko - śmiał się Wilczek 
chodząc po pokoju, zacierał ręce, a potem bardzo uperfumowaną 
chustką obcierał sobie tłustą, okrągłą twarz, pokrytą rzadkim, 
niezdecydowanego koloru zarostem.

=========================
3. Tytuł, autor, na jakim akwenie wodnym toczy się akcja scenki.

Było tam trzynastu ludzi - stanowili oczywiście wachtę pokładową. 
Diblo twarde chłopaki! Mieli dzban i cynowe czarki. Dzban ciągle był 
w obiegu. Jeden śpiewał - można powiedzieć ryczał - a nie był to 
wcale przyjemna piosenka, w kżdym razie nie salonowa. (...) Piosenka 
zaczynała się tak:

Była tu sobie raz paniusia mała,
Paniusia z miasta naszego,
Co męża swego najczulej kochał,
Lecz jeszcze czulej innego.
Od rana sobie tra la la śpiewała,
Aż do wieczora samego
I męża swego najczulej kochał,
Lecz jeszcze czulej innego.

I tak dalej - aż czternaście zwrotek. Ale wszystko to było bardzo 
nędzne i gdy miał zacząć następną zwrotkę, jeden z nich mruknął, że 
od takiej śpiewki zdechła raz stara krowa, a drugi dorzucił: - Och, 
dałbyś wreszcie spokój. Inny poradził mu, żeby się przeszedł. 
Wyśmiewali się z niego, aż się wściekł, skoczył na równe nogi, 
począł ich przeklinać i przysięgać, że okulawi po kolei każdego 
łobuza.(...)

- Hu! Ha! Jestem stary, prawdziwy żelaznoszczęki, mosiężnołuski, 
miedzianobrzuchy truporób z puszcz Arkansas! Spójrzcie! To mnie 
nazywają Nagłą Śmiercią i Powszechną Zagładą! Spłodził mnie huragan, 
a wydało na świat trzęsienie ziemi - jestem przyrodnim bratem 
cholery, a ze strony matki bliskim krewnym ospy. Spójrzcie na mnie! 
Kiedy jestem zdrów, zjadam na śniadanie dziewiętnaście krokodyli i 
zapijam beczułką whisky, a jakem chory, zjadam korzec grzechotników 
i truposza! Jednym spojrzeniem rozłupuję wieczyste skały, a jak się 
odezwę, zagłuszam piorun! Hu! Ha! Odstąpcie i zróbcie miejsce 
odpowiednie do mojej siły! Krew jest moim codziennym napojem, a jęki 
umierających muzyką dla moich oczu! Przyjrzyjcie się mi, panowie! 
Przywarujcie i wstrzymajcie oddech, bo będę tańczył!

=========================
4. Tytuł, autor, kto śpiewa.

Po chwili śpiew się rozległ:

Wierzcie, rycerze,
Na nic pancerze,
Na nic się tarcze zdały!
Przez stal, żelazo
W serce się wrażą
Kupida ostre strzały!
(...)
Lecz gdy pawęża
Hardego męża
Przed grotem nie obroni-
Mdła białogłowa
Jakże się schowa
I gdzie się biedna schroni?

=========================
5. Tytuł, autor, kto śpiewa, na jakim instrumencie sobie akompaniuje

Bo kiedym ja jeszcze dzieciątkiem był małym,
Hej dana! czy deszcze, czy wiatry,
Bawiłem się wszystkim, z wszystkiego się śmiałem,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedy z chłopięcia urosłem w młodzika,
Hej dana! czy deszcze, czy wiatry,
Na widok złodzieja, drzwi każdy zamyka,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedym wziął żonę, przez wielki gniew boży,
Hej dana! czy deszcze, czy wiatry,
Co wprzódy źle było, to stało się gorzej,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

A kiedy do łóżka iść miałem w noc ciemną,
Hej dana! czy deszcze, czy słoty,
Jak fryga się wszystko kręciło przede mną,
Bo deszcz, oj! deszcz leje się co dzień.

Już stare to czasy, jak ziemia stworzona,
Hej dana! czy deszcze, czy słoty,
Lecz wszystko to jedno - komedia skończona,
A bawić pragniemy was co dzień.

=========================
6. Tytuł, autor.

Drew zaczął od "Leśnych kwiatków": w średnim tempie zagrał kilka 
prostych pasaży. Lonnie pociągnął gumki przesuwając capotasto nieco 
w górę. Drew zwiększył siłę dźwięku i muzyka głośno rozbrzmiała nad 
zakurzoną stacją benzynową. Nigdy nie słyszałem, żeby grał tak 
dobrze, i zacząłem się uważnie wsłuchiwać w melodię, wzruszony jak 
tylko może być człowiek niemuzykalny, kiedy czuje, że muzyka płynie 
z głębi serca. Po chwili wydało mi się, że Drew dodaje nowy nowy 
dźwięk do granej przez siebie melodii, jakiś wyższy ton brzmiący jak 
meleńkie echo, i nagle uświadomiłem sobie, iż ten dźwięk, tak cichy 
i harmonijny, tak idealnie zlewający się z gitarą, wydobywa się z 
banjo. Drew stał odwrócony do mnie tyłem, ale i tak widziałem, że 
jest wniebowzięty. Właściwie przestał grać: lekko markował rytm i 
Lonnie przejął na siebie cały ciężar muzykowania. Grał bardzo 
spokojnie i równomiernie: melodię cechowała urocza, nieprzerwana 
płynność, która zdawała się nie mieć końca. Jego ręce, całe 
podrapane, nie spieszyły się: palce wykonywały drobne ruchy, jak 
palce wytrawnej maszynistki - muzyka po prostu była. Po pewnym 
czasie Drew włączył się z powrotem w nowej tonacji i znów grali 
razem; zsunąłsię z maski wozu i przez ostatnie kilka minut stał przy 
chłopcu. zblizyli instrumenty i pochyliwszy się do siebie przybrali 
pozę, jakączęsto przybierają duety wokalne lub występujący w 
telewizji piosenkarze folk; widok tego pomylonego wiejskiego 
dzieciaka i szlachetnego mieszczucha o dużej twarzy, społecznika i 
amatora strzyżenia żywopłotów, wywołał we mnie rzadkie i 
niepowtarzalne emocje. Cieszyłem się za Drewa, żeśmy tu przyjechali. 
Samo spotkanie z Lonnie'm wystarczyło, żeby wynagrodzić mu wszelkie 
trudy podróży.

=========================
7. Kim jest X, jak nazywa się klub, w którym toczy się akcja.

The War zaczął występować przed dziesięciu laty w San Pedro, a teraz 
mieli nagle złotą płytę i europejskie tourne. Nie miało znaczenia, 
że icg frontman, Eric Burdon, zawsze znajdował się w centrum uwagi. 
Grali ostro. Widziałem podniecenie, żądzę i junactwo, wypływające z 
nich jak pot.

A dla mnie było tej nocy jeszcze coś ekstra. Szansa na ponowne 
wysłuchanie gry X oraz świadomość, że - w innym świecie - był to 
jego ostatni publiczny występ. Zespół przedzierał się przez They 
Can't Take Away Our Music. Słyszałem dobrze zebrane przez mikrofony 
brzmienie perkusji - niczym rąbiącego drzewo topora; dźwięk, jakiego 
nigdy nie uzyska się z nagrania. Już to stanowiło wytarczający 
powód, by sie tu znaleźć. Burdon miał opadającą poza linię ramion 
czuprynę i wyglądał młodziej niż sądziłem - odmłodzony przez energię 
swojego zespołu. Snop światła z reflektora oblewał Scota podczas 
jego gitarowego solo, a dźwięki, akie Howard wydobywał z 
instrumentu, przebijały się przez rumor sekcji rytmiczne na wzór 
promieni laserowych. Scot wystrzeliwał je z brązowego Telecastera o 
jasnym gryfie, wyglądając ogniście za sprawą baków schodzących tak 
nisko, że spotykały się z wąsami.

Kiedy wyśledził go krąg światła, ujrzałem na widowni X. Był w 
towarzystwie Moniki i kobiety, którą uznałem za Devon Wilson, i 
pięciu czy sześciu innych, toczących się wokół niego. Mial na sobie 
koszulę, wyglądającą na uszytą z pawich piór.
(...)
Burdon pomachał do X i X wyszedł na estradę. Miał tam już swojego 
czarnego Strata, którego pas przełożył przez plecy, po czym zagrali 
Tobacco Road. Z początku szło to niezręcznie. Zdawało się, że X chce 
narzucić szybsze tempo, a reszt azepołu nie jest tym zainteresowana. 
Kiedy ndeszła jego pora, dali mu solo, a X ruszył z kopyta i zagrał 
ostro.

Kiedy raz zaczął, konflikt osobowości przestał mieć jakiekolwiek 
znaczenie. Natżenie dźwięku było tak wielkie, że pomyślałem, iz moje 
przygłuche od perkusji uszy zaczną rwawić, a gdy gitara sprzęgała, 
przeszywal mnie dreszcz i miałem wrażenie, iż rezonuję niczym drogi 
kryształ.

=========================
8. Tytuł, autor, imiona i nazwisko trębacza

Spojrzał na zegarek i kiedy dłuższa wskazówka dotknęła najwyższego 
punktu, podszedl do megafonu, podniósł ku niemu trąbkę, i 
zdenerwowanie opadło z niego jak odrzucona kurtka; nagle był sam 
jeden, daleko od wszystkich.

Pierwszy ton byl czysty i absolutnie pewny. Nie było w nim żadnego 
wahania czy potknięcia. Poniósł się przez dziedziniec, wytrzymany o 
ułamek sekundy dłużej, niż to czynili inni trębacze. Trwał tak długo 
jak czas dzielący jeden znojny dzien od drugiego. Druga nuta była 
krótka, niemal za krótka, urwana. Zamilkła nagle, przeleciała za 
prędko, jak minuty spędzone z kurwą. Była krótka jak 
dziesięciominutowa przerwa w ćwiczeniach. I wreszcie ostatnia nuta 
pierwszej frazy wytrysnęła triumfalnie z nieco łamanego rytmu - 
triumfalnie, wysoko, na niedośiężny poziom dumy, ponad upokorzenia i 
poniżenie.

W taki sam sposób odegrał całość: w przerywanym, a potem 
przyspieszonym rytmie, którego nie mógłby wyznaczyć żaden metronom. 
Ten capstrzyk nie miał spokojnego, unormowanego tempa. Tony wzbijały 
się wysoko w powietrze i zawisały nad czworobokiem dziedzińca. 
Wibrowały tam pieszczotliwie, pełne nieskończonego smutku, 
bezmiernej cierpliwości, nieokreślonej dumy. Unosiły się niby 
aureole ad głowami śpiących w wygaszonych koszarach, przemieniając 
wszelką trywialność w piękno, które jest pięknem współczucia i 
zrozumienia. Oto jesteśmy - mówiły. - wy nas stworzyliście, więc 
przyjrzyjcie nam się teraz, nie zamykajcie oczu i nie wzdrygajcie 
się na widok piękna i smutku otaczających was rzeczy.

=========================
9. Miasto, w którym toczy się akcja; kompozytor i tytuł granego utworu.

Na podium wkroczył Anton Seidl, niegdyś prywatny sekretarz Richarda 
Wagnera, a obecnie najlepszy dyrygent w (...). Miał szlachetny 
rzymski profil, długie włosy i pince-nez, które jakims cudem zawsze 
trzymało mu się na nosie do końca przedstawienia, mimo że dyrygował 
z niezwykłą energią. Seidl natychmiast zapanował nad orkiestrą, a 
gdy obrócił surowe spojrzenie na publiczność, większość rozgadanej 
elity towarzyskiej równiez ucichła. Kiedy zgasły światła i 
zabrzmiały pierwsze takty potężnej uwertury (...), gwar w lożach 
znów zaczął rosnąć i wkrótce osiągnął jeszcze bardzie irytujące 
natężenie. Kreizler zachował jednak spokój.

Przez dwa i pół aktu Laszlo cierpliwie znosił prostactwo 
publiczności, lekceważącej muzyczny cud, który dokonywał się na 
scenie. Śpiew i gra Maurela były równie znakomite jak zawsze, a 
pozostali wykonawcy - zwłaszcza Eduard de Reszke w roli Leporella - 
niewiele mu ustępowali. Ale nagradzały ich jedynie rzadkie brawa i 
coraz bardziej rozpraszający hałas na widowni. Frances Saville była 
uroczą Zerliną, lecz e talent wokalny nie przeszkadzał podchmielonym 
Rutherfordom w wydawaniu takich okrzyków i gwizdów, akby mieli do 
czynienia z pierwszą lepszą tacerką z music-hallu. W antraktach tłum 
zachowywał się tak ak przed spektaklem - niczym wielkie stado 
dzikich zwierząt - i kiedy Vittorio Arimondi,(...), zaczął walić do 
drzwi (...), miałem już kompletnie dość panującej na sali atmosfery 
i kompletnie przestałem rozumieć, dlaczego Kreizler nalegał, abym 
przyszedł.

=========================
10. Tytuł, autor.

Głos Huberta Anvila wzbijał się ponad dźwięk chóru i wielkiej 
orkiestry, sięgając wierzchołka najwynioślejszej kopuły Starego 
Świata i zachodnich odrzwi nadłuższe nawy w krajach 
chrześcijańskich. Działo sięto bowiem w bazylice katedralnej pod 
wezwaniem św. Jerzego w Coverley, głównej świątyni całej Anglii i 
zamorskiego angielskiego imperium. Od trzech stueci, od dnia 
konsekracji bazyiki, nie zebrał się w niej jeszcze tłum równie 
wielki jak w to słoneczne maowe popołudnie, ani też równie dostojne 
zgromadzenie dygnitarzy: sam młody król Wilhelm IV; królowie 
Portugalii, Neapolu, Szwecji, Litwy i tuzina innych krain; carewicz 
moskiewski oraz defin; brat cesarza Alemanii; wicekrólowie Indii, 
Nowej Hiszpanii, i Brazylii; Wysoki Poseł Chrześcijański 
sułtana-kalifa Turcji; wikariusz generalny cesarza-patriarchy 
Kandii; arcybiskup Caterbury, prymas Zjednoczonej Anglii; co 
najmniej dwunastu kardynałów oraz pomniejsze duchowieństwo z całego 
świata  katolickiego - ci i tysiące innych przybyli na pogrzeb Jego 
Pobożnej Wysokości Stefana III, króla Anglii i jej imperium.
(...)
Natomiast do tych, którzy chlubili się choć odrobiną słuchu, 
znacznie dobitniej (...) przemawiała muzyka: Drugie Requiem Mozarta 
(KV 878), ukoronowanie środkowego okresu jego życia, a kto wie, czy 
nie całejtwórczości chóralnej. Śpiewacy i muzycy rozpoczęli właśnie 
"Agnus Dei". Równiez z tym utworem wiązała się opowieść, głosząca o 
tym, że kompozytor napisał go z żalu po przedwczesnej śmierci 
cenionego i wielbionego przezeń kolegi, lecz niebiańska skarga 
melodii obchodziła siebez sztukowania anegdotą. Od dominantowej 
tonacji d-moll przechodziła przez paralelne F-dur do części dla 
solisty i orkeistry, utrzymanej w g-moll. Długie pasaże i i 
postrzępiona linia melodyczna wymagały nie lada śpiewaka, lecz 
Hubert Anvil swobodnie stawiał im czoło, trafiając w sam środek 
każdej nuty i poruszając się po całym rozległym ambitusie bez 
uszczerbku dla tonu i mocy swojego głosu. Tłum zgromadzonych słuchał 
go zastygłszy i w bezruchu pozostał, gdy partia ta zakończyła się z 
znów zabrzmiał chór.

=========================
11. Tytuł, autor.

Znalazłem sobie stołek przy barze i zamówiłem szklaneczkę Remy 
Martin. Na scenie prezentowało siętrio Edisona Sweeta, ale z 
miejsca, gdzie siedzialem, widziałem tylko plecy pianisty 
zgarbionego nad klawiszami. Pozostałymi instrumentami były gitary - 
elektryczna i basowa. Zespół grał bluesa, gitara to wdzierała się, 
to odpływała z dźwięków melodii jak trwożliwy koliber. Fortepian 
grzmiał i pulsował rytmem. Kenny Pomeroy nie przesadzał - Toots 
Sweet miał naprawde niesamowitą lewą rękę. Zespół nie potrzebował 
perkusisty. Toots popłynął ponad zmiennymi tonami gitary basowe, 
wygrywając lament, a kiedy zaczął śpiewać, w jego głosie 
pobrzmiewała nuta cierpienia:

To jest właśnie blues voodoo
Ten czarny blues voodoo
Już nie da mi spokoju ten stary Petro Loa
W noc każdą słyszę upiorne zombi jęki
Panie mój, bo śpiewam tego bluesa voodoo

Ta Zu-Zu mambo była, hungana pokochała
Lecz w drogę wejść Erzuli wcale nie zamierzała
W raba ją przemieniło tam-tamu złe zaklęcie
A Samedi dziś tańczy na grobie jej zawzięcie

O taaak,bo to jest jej blues voodoo
Ten czarnyu blues voodoo
=========================

pzdr

TRad

STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY . [ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA . CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA
[ hosted by artserwis.pl - praca , - portal twórców ] [ VIRTUS3 DESIGN ]