From: "Marcin J. Skwark" <mskwark+prk@gmail.com>
Subject: [konkurs] Szanowny pan raczy się mylić...
Date: Fri, 26 May 2006 00:03:25 +0000 (UTC)
Message-ID: <slrne7chec.7cu.mskwark+asp@locke.deontology.net>
[...]
Tak więc niech rozpocznie się opluwanie!
1. - Świnia - powiedział po raz trzeci Maks i wykręcił drugą stronę
twarzy na słońce.
- Maks, tyś mi powiedział trzy razy świnia, ja ci tylko raz
odpowiem: głupi! Ty pamiętaj, że my mamy prowadzić nie romans,
nie małżeństwo, tylko interes. Sam okpiłbyś Pana Boga, żeby
się tylko dało, a mnie mówisz świnia, kiedy ja chcę tylko
tego, co mi się należy prawnie. No, niech Karol powie.
- Idź do diabła, stergnij.
2. Curtis ma samochód i razem jeździmy na trening. Któregoś dnia
schodzę na dół, a on stoi pochylony nad ściekiem i przeklina jak
diabli. Okazuje się, że złapał gumę i kiedy zmieniał koło położył
śruby na deklu, potem niechcący go potrącił i śruby wpadły do
ścieku. Wygląda na to, że się spóźnimy na trening co nie
wróży nam za dobrze u trenera, więc mówię do Curtisa:
- Odkręć po jednej śrubie z reszty kół. Po trzy na każdem kole
starczą, a my dojedziemy na czas.
Curtisowi przekleństwo staje w gardle, a on sam patrzy na mnie,
patrzy i wreszcie się pyta:
- Skoro taki z ciebie idiota, jakżeś to wykombinował?
A ja na to:
- Może jestem idiota, ale nie jestem głupi.
Kurde, ale się wściekł! Chwycił narzędzie do kół, zaczął mnie
ganiać, obrzucać każdem brzydkim wyzwiskiem pod słońcem. Popsuło to
stosunki między nami.
3. Zgodziłbym się natychmiast, nie żartuję. Znając zwyczaje GRU na
pewno oniemiałby ze zdumienia. - Ty kretynie - zdumiałby się mój
amerykański kolega - czy zdajesz sobie sprawę, na co się narażasz w
razie wsypy? - W pełni -odpowiedziałbym radośnie. - No już,
werbuj mnie wreszcie, przeklęty kapitalisto! Za darmo będę dla
ciebie pracować, zapłatę od CIA możesz pakować do własnej kieszeni!
Chcę po prostu ryzykować własną głową. Czyż nie upaja spacer po
krawędzi przepaści? Czy nie wciąga igranie ze śmiercią? Są
przecież na świecie szaleńcy, co ujeżdżają dzikie mustangi albo
tańczą na arenie przed rozszalałym bykiem. Nie dla pieniędzy. Dla
przyjemności.
4. Wszyscy byli zgodni co do tego, że Cleyinger daleko zajdzie w
świecie akademickim. Krótko mówiąc, Clevinger był facetem
wybitnie inteligentnym, a zupełnie przy tym głupim, i ludzie
dzielili się na takich, którzy o tym wiedzieli, i na takich, którzy
dopiero mieli się o tym przekonać.
Jednym słowem, był kretynem. Przypominał [...] jednego z tych
ludzi, którzy wiszą w muzeach sztuki nowoczesnej i mają dwoje
oczu po tej samej stronie twarzy.
5. - Właśnie, jak się nazywa! - krzyknął zrozpaczony Iwan. - Żebym
to ja wiedział, jak on się nazywa! Nazwisko było na wizytówce,
ale się nie przyjrzałem... Pamiętam tylko pierwszą literę "W", na
"W" się nazywa! Co to było za nazwisko na "W"? - schwyciwszy się
za głowę Iwan zapytał sarn siebie i nagle zaczął mamrotać: - We,
we, we, wa... Wo... Waszner? Wagner? Weiner? Wegner? Winter? -
Rozmyślał w takim napięciu, że poruszały mu się włosy na
głowie.
- Wulf! - podrzuciła litościwie jakaś kobieta.
Iwan się wściekł.
- Idiotka! - wrzasnął, szukając oczyma tej, która się odezwała. -
Co tu ma do rzeczy Wulf? Wulf nic tu nie zawinił! Wo, wa... Nie,
nie pamiętam! Wiecie co, obywatele - zadzwońcie co prędzej na
milicję, niech wyślą w pościg za konsultantem pięć
motocykli z karabinami maszynowymi. Ale nie zapomnijcie
powiedzieć, że jest z nim jeszcze dwóch, jakiś taki kraciasty
dryblas, pęknięte szkło w binoklach, i czarny kot, taki
tłusty... A ja póki co przeszukam Gribojedowa, coś mi mówi, że
jest tutaj! Iwan w podnieceniu rozepchnął otaczający go tłum,
zaczął wymachiwać świeczka polewając się woskiem i zaglądać
pod stoliki. Wtedy ktoś zawołał: "Gdzie lekarz?" i pojawiła
się przed Iwanem czyjaś jowialna, mięsista, wygolona i dobrze
odżywiona twarz w rogowych okularach.
- Towarzyszu B. - powiedziała ta twarz jubileuszowym głosem -
uspokójcie się! Wyprowadziła was z równowagi śmierć tego,
którego wszyscy tak kochaliśmy, śmierć Michała
Aleksandrowicza... nie, po prostu Miszy [...]. Wszyscy
świetnie to rozumiemy. Potrzebny jest warn spokój. Towarzysze
zaraz was odprowadzą do łóżka, prześpicie się...
- Czy ty - szczerząc zęby przerwał mu Iwan - rozumiesz, że trzeba
złapać profesora? Co mi tu głowę zawracasz jakimiś bzdurami?
Kretyn!
6. Z końcem lata 1918 roku przeniesiono mnie na Węgry, do pewnego
oddziału wartowniczego w zapadłej mieścinie, gdzie spotkałem
pokrewne mi dusze. Dotychczasowa służba nauczyła mnie ryzyka i
przełożeni z miejsca oceniali mnie właściwie. Nazywano mnie
zdrajcą, zakałą wojska, podżegaczem i parszywą owcą. W obawie przed
demoralizacją towarzyszy, starano się zawsze trzymać mnie od nich z
dala i wysyłano na różne kursy, z których wracałem po kilku dniach
z opinią idioty i kretyna, czym wprowadzałem w osłupienie mego
dowódcę, który miał o mnie mniemanie biegunowo przeciwne.
7. Odstawiłem kieliszek i wstałem.
- Zbliża się jeden z moich rzadkich ataków delikatności -
powiedziałem. - Czy podwiezie mnie pani do najbliższego postoju
taksówek, jeżeli nie jest pani zbyt zmęczona?
- Jest pan cholernie głupi - rzuciła ze złością. - Zbili pana na
kotlet mielony, pokłuli Bóg wie jakimi narkotykami, i myślę,
że trzeba tylko, żeby się pan porządnie wyspał, wstanie pan rano
rześki i zdrów i znów pan będzie detektywem.
- Miałem zamiar trochę później iść spać.
- Powinien pan być w szpitalu, cholerny idioto!
Wstrząsnąłem się.
- Niech pani posłucha - powiedziałem. - Nie mam teraz zbyt jasnej
głowy i sądzę, że nie powinienem tu dłużej siedzieć. Nie wiem o
tych ludziach nic, czego mógłbym dowieść, ale mam wrażenie, że
oni mnie nie lubią. Cokolwiek bym powiedział, byłoby to tylko
moje słowo przeciwko całemu prawu, a zdaje się, że prawo w tym
miasteczku jest diabelnie skorumpowane.
8. Lennie przyklęknął i patrzył ponad ogniskiem na zirytowanego
George'a. Twarz miał stężałą z przerażenia.
- A co mam zamiast tego? - ciągnął George z wściekłością. -
Ciebie! Nie możesz się utrzymać w żadnej robocie, a i ja tracę
każdą przez ciebie i muszę się włóczyć po całym stanie. To
jeszcze nie jest najgorsze. Wciąż się w coś pakujesz. Wciąż
odwalasz jakieś numery, a ja cię muszę z tego wyciągać. -
George prawie krzyczał. - Ty pieprznięty sukinsynu! Przez ciebie
wciąż pakuję się w jakieś gówno! - Przybrał ton
przedrzeźniających się smarkul: "Ja chciałem tylko pomacać jej
sukienkę... Chciałem tylko pogłaskać ją jak mysz...". Skąd ona,
do diabla, miała wiedzieć, że chciałeś tylko pomacać jej
sukienkę? Dziewucha się wyrywa, a ty ją ściskasz, jakby to
była mysz. Narobiła wrzasku i musieliśmy się przez cały dzień
chować w rowie przed facetami, co nas szukali. A potem wiać
stamtąd po ciemku, gdzie pieprz rośnie. Ciągle coś takiego
odwalasz, bez przerwy! Najlepiej wsadziłbym cię do klatki z
milionem myszy i bawiłbyś się, ile wlezie. - Nagle cała jego
złość wyparowała. Spojrzał przez ogień na udręczoną twarz
Lenmego i zawstydzony utkwił wzrok w płomieniach.
9. Spocony ze strachu Yoshima stał na baczność przed
rozwścieczonym generałem.
- Ty głupcze! Ty nieudolny idioto! - grzmiał generał.
Yoshima przygotował się na cios, który teraz powinien nastąpić. I
rzeczywiście, generał uderzył go otwartą dłonią w twarz.
- Ma pan odnaleźć to radio, bo jeśli nie, zdegraduje do
szeregowca. Odwołuje pańskie przeniesienie. Odmaszerować!
Yoshima zasalutował przepisowo, a niski ukłon, jaki złożył, był
uosobieniem pokory. Wyszedł z kwatery generała szczęśliwy, że
skończyło się tylko na tym. Żeby ich zaraza wybiła, tych
przeklętych jeńców! - zaklął w myślach.
10. Goście zeszli na ląd, "Wiera" przy akompaniamencie ryku syreny
odbiła od przystani i, sypiąc z komina rozżarzonymi iskrami,
wkrótce zniknęła za zakrętem rzeki. Łowcy, korzystając z tego, że
Pawłow zainteresował się Chińczykami, przystanęli na uboczu, by
swobodniej porozmawiać.
- Głupie Niemczysko udzieliło nam ważnych informacji - zaczął
bosman. - Aż mnie w dołku ścisnęło, gdy wspomniał tego
Naszkina.
- Szkoda, że nie mogliśmy więcej go wypytać - wtrącił T.
- Świerzbiał mnie język, prawdę mówiąc...
- Nie ma czego żałować - zauważył S. - Naszkin na pewno
zatrudnia wielu pracowników. Wątpię, czy Kramer zainteresowałby
się zesłańcem, który z całą pewnością nie otrzymał
ważniejszego stanowiska.
11. Przeglądam w myśli wszystkich mych przyjaciół twarze
I myślę sobie, och psiakrew! czyż wszyscy są gówniarze?
Ach, nie! Jest kilku wiernych, z tymi pojechałbym nawet do Kielc.
A reszta? Ach, reszta, proszę pani, to jest gówno, wprost na szmelc.
12. Wilhelm czuł się głęboko upokorzony. Starałem się go pocieszyć, od
trzech dni szuka tekstu greckiego - mówiłem - jest zatem rzeczą
naturalną, iż w toku oględzin odsuwał na bok wszystkie księgi,
które nie były po grecku. A on odpowiadał, że jest z pewnością
rzeczą ludzką błądzić, są jednak tacy, którzy błądzą więcej niż
inni, i owych zwie się głupcami, on zaś do nich należy, i
rozważał, czy warto było uczyć się w Paryżu i Oksfordzie, skoro
nie potrafi się później pomyśleć, iż manuskrypty oprawia się
również po kilka, o czym wiedzą nawet nowicjusze, oprócz tak
głupich jak ja, taka zaś para głupców jak my dwaj miałaby
powodzenie na jarmarkach, i to właśnie winniśmy czynić,
miast rozwikływać tajemnice, a osobliwie, kiedy mamy do czynienia
z ludźmi znacznie od nas bystrzejszymi.
13. "Słuchajcie no, dlaczego nic nie mówicie?" - zawołał Bóg ponownie,
podnosząc swą olbrzymią dłoń. I wtedy ujrzał, że kogut i
świnia, którym diabeł dodał odwagi, podnoszą wreszcie
głowy. "Mistrzu, cóż my możemy powiedzieć? Gratulujemy ci - twój
świat jest - odpukać - doskonały. Ale brakuje w nim jednej
rzeczy - niskopnącej rośliny dającej grona, z których wyciska
się wino".
"A więc to tak? Już ja wam pokażę, łajdaki - powiedział
rozgniewany Bóg. - Chcecie, żebym dał wam wino, tak? Pijaństwo,
bijatyki i wymioty? Niech się narodzi winorośl!" Zakasał
rękawy, wziął trochę gliny, ulepił z niej pęd winorośli i
zasadził go. "Kto wypije za dużo - powiedział - niech usłyszy moją
klątwę: oby miał móżdżek jak kogut i ryj jak świnia!"
14. Handzia stoi jak nieżywa z rękami nad głowo, w słup soli
przemieniona i jak sol biała. A jedna noga podkurczona! Czemu
podkurczona? Może weź jo w piętę kolnoł? Nie, nie węż jo
kolnoł: od razu widać co. Zagotowało sie we mnie! Podskoczę i lu!
babę z jednej strony w gębę, lu! z drugiej, cało garście po
mordzie, aż przysiadła w kuczki, głowę w ręce chowa.
Rozdziawo ty, krzyczę w sprawiedliwym gniewie, gapo ty, robota
tobie sama w rękach gnije! Lugo ty zgniła, gnido wszawa, jajko,
Ojezu, jajko rozdusić!
15. Obaj ani na krok nie odstępowali od warunków wstępnych. Grager
żądał, by Ithilieńczycy mogli wejść do fortu, by strzec pokoi
Faramira, Gepard żądał dyslokacji ich leśnych baz.
- Pan, chyba, ma mnie za idiotę, kapitanie?
- Tak, przecież żąda pan, bym wpuścił uzbrojonych ludzi do twierdzy...
Sprzeczając się tak przez kwadrans, stwierdzili w końcu, że Biały
Oddział poprosi o instrukcje z Minas Tirith, a Ithilieńczycy jutro
przepuszczą bez przeszkód gońca. Na tym się rozstali.
16. - Pozwól mi mieć przy sobie broń, Martin.
Rotmistrzowi straży aż oczy na wierzch wyszły ze zdumienia.
- Mowy nie ma - odrzekł po dłuższym milczeniu.
Umyślnie powolnym ruchem kapitan wyjął i pokazał swój
rzeźnicki nóż.
- Tylko tę.
- Rozum Ci odjęło. Masz mnie za głupca?
A. pokręcił głową.
- Chcą mnie zamordować - rzekł prosto z mostu. - W naszym fachu to
nic nowego, przychodzi prędzej czy później. Nie chciałbym
wszelako rzeczy całej ułatwić - tu znów wykrzywił twarz w
czymś podobnym do uśmiechu. - Przysięgam, że przeciwko
tobie jej nie użyję.
S. poskrobał się po brodzie starego wiarusa. Szrama, którą
skrywała, ciągnąca się od ust po prawe ucho, była dziełem
Holendrów, pamiątką po oblężeniu Ostendy, gdy doszło do ataku na
reduty Caballo i Cortina. U jego boku tego dnia, i nie tylko,
stawał wówczas D.A.
- Ani przeciwko nikomu z moich ludzi - ozwał się wreszcie.
- Słowo.
Dowódca straży wahał się jeszcze przez moment. W końcu odwrócił
się doń plecami, klnąc pod nosem, na czym świat stoi. Kapitan
tymczasem wsunął nóż za cholewę buta.
- Niech to diabli, D. - burknął S. - Idźmyż wreszcie, do
kroćset.
17. Któż to chodzi z butami po nagim ciele kobiecym
Odpowiadam: poeta
Gnój
alfons swej śmierci co ją rymuje wciąż ze śmiechem
18. Jak tylko ten drugi spojrzał, zeskoczył ze mnie, jakbym był
zakażony. Podniósł się, wściekły. Bez słowa zaczęli mnie
kopać. Równocześnie rzucali przekleństwa. Ten, który na mnie
siedział, uderzył mnie czubkiem buta w bok. Chwyciłem jego nogę i
nie puszczałem.
- Puszczaj, pierdolony odmieńcu!
Drugi kopał mnie w głowę. Po trzecim czy czwartym kopnięciu
zemdlałem. Kiedy się ocknąłem, wokół panowała cisza. Wydawało mi
się, że sobie poszli. Nagle ktoś zachichota.
- Prezentuj broń - usłyszałem głos. Spłynęły na mnie dwa
skrzyżowane, iskrzące się strumienie żółtej cieczy.
- Spierdalaj tam, skąd przyszedłes, odmieńcu.
Zostawili mnie leżacego w tym miejscu.
19. Głos, który rozległ się po drugiej stronie, trafił mnie prosto w żołądek.
- Ty skurwysynu, duszę ci wyrwę z jajami.
Głos był zimny i spokojny. Hamowana złość nadawała mu stalowy
ton. To mnie najbardziej przeraziło. Mogłem sobie wyobrazić pana
Aguilara w przedpokoju swego mieszkania, trzymającego słuchawkę
tego samego aparatu telefonicznego, z którego tylokrotnie
korzystałem, by uprzedzić ojca, że moja wizyta u Tomasa
przeciągnie się. Oniemiały, słuchałem oddechu ojca B.,
zastanawiając się czy rozpoznał mnie po głosie.
- Chociaż widzę, że jaj ci brakuje, bo nie masz nawet odwagi ię
odezwać. Byle zasraniec jest w stanie zrobić to, co zrobiłes,
ale prawdziwy mężczyzna przynajmniej by się nie chował. Ja bym
umarł ze wstydu, gdybym się dowiedział, że siedemnastoletnia
dziewczyna ma większe jaja ode mnie, bo ona nie chciała
powiedzieć, kim jesteś, i nie powie. Znam ją. A ponieważ nie
masz odwagi wziąć wszystkiego na siebie, ona będzie musiała
zapłacic za to, co zrobiłeś.
20. - Pan jest oszustem i naciągaczem - reżyser darł się na
S. - To miał być ten wymarzony plener? W ciągu dwu
dni zdjęciowych ukradli nam trzy samochody, jednego aktora omal
nie zapili na śmierć. Rozumiesz, sterroryzowali biedaka i
kazali mu pić wódkę szklankami, dobrze, że chociaż w szpitalu go
uratowali, a żółtaczkę to się w Ameryce wyleczy... Latający
talerz, zrobiony specjalnie do filmu, podziurawili jak sito z
broni maszynowej. Całe szczęście, że nikt nie zginął. I
jeszcze jeden aktor, trepanacja czaszki. Jacyś zwyrodnialcy
wiercili mu w głowie dziury wiertarką i oporniki wpychali!
Związek zawodowy żąda ode mnie wypłacenia mu odszkodowań...
S. wzruszył ramionami.
- Ja swoją część umowy wypełniłem - powiedział spokojnie. -
Należy się dwadzieścia pięć tysięcy, czterysta osiemdziesiąt
trzy dolary i piętnaście centów.
21. - Zasrańcy! - ryknął Arnie nie swoim głosem - wysokim, piskliwym i
naładowanym nienawiścią.
Leigh odwróciła się raptownie, chwyciła na oślep zaparkowanego
obok [...] samochodu i zwymiotowała, nie widząc nic oprócz
rojowiska małych białych kropek, puchnących błyskawicznie niczym
dmuchany ryż. Przemknęła jej niewyraźna myśl o wiejskim
festynie, w którym kiedyś brała udział. Ustawiano wtedy na
platformie wrak jakiegoś przywleczonego ze złomowiska pojazdu i
za dwadzieścia pięć centów każdy, kto miał ochotę, mógł uderzyć
kowalskim młotem. W zabawie chodziło o to, żeby zdemolować
samochód, ale nie... nie...
- Cholerni zasrańcy! - ryknął Arnie. - Załatwię was! Załatwię was,
choćby nie wiem co! Załatwię was, nawet gdyby to miała byc
ostatnia pieprzona rzecz, jaką zrobię w życiu!
22. Podtiołkow, stąpając ciężko i zapadając się w śnieg, podszedł
ku jeńcom. Stojący na czele Czerniecow patrzył na niego mrużąc
wzgardliwie jasne, zuchwałe oczy; odstawiwszy lewą nogę poruszył
nią lekko, zaciskając pod białą podkówką górnych zębów wciągniętą
do środka różową wargę. Podtiołkow stanął przed nim twarzą w
twarz. Drżał cały, nie mrugające jego oczy pełzły po zbrużdżonym
śniegu, uniosły się, na chwilę skrzyżowały się z
nieustraszonym, wzgardliwym spojrzeniem Czernicowa, łamiąc je
ciężarem nienawiści.
- Wpadłeś... gadzie! - rzekł Podtiołkow niski, bulgoczącym
głosem i cofnął się o krok w tył; niby cios szabli przeciął jego
policzki krzywy uśmiech.
- Zdrajca kozaczyzny! Kanalia! Zdrajca!... - przez zaciśnięte
wargi warknął Czerniecow.
23. A jednak, jako że wszystkie wielkie czyny ducha rzucają nie tylko
blask, ale i cienie, i oprósz dobrodziejstw gotują ludziom także
utrapienia i biedę, tak i ów wspaniały wynalazek Frangipaniego
miał, niestety, przykre skutki: skoro bowiem nauczono się więzić
ducha kwiatów, ziół, drzewa, żywicy i zwierzęcych wydzielin w
tynkturze i przechowywać we flaszeczkach, sztuka perfumeryjna
stopniowo jęła się wymykać z rąk nielicznych uniwersalnych znawców
rzemiosła i stała się dostępna szarlatanom, o ile tylko mieli jako
tako wrażliwe nosy, jak na przykład ten śmierdziel Pelissier. Nie
troszcząc się o to, skąd się brała cudowna zawartość flaszeczek,
mógł po prostu folgować swoim olfaktorycznym kaprysom i mieszać
razem to, co akurat mu się spodobało albo czego domagała się
publiczność.
Ten kundel Pelissier w wieku trzydziestu pięciu lat na pewno
posiadał już większy majątek niż on, Baldini, zdołał zgromadzić
dzięki wytrwałej pracy trzech pokoleń.
24. - Ależ Iro... - Swietłana Pietrowna nie mogła wykrztusić słowa.
- Powiedziałam: albo obie się przebierzemy, albo obie zostaniemy w
białych sukniach.
- O Boże, jesteś prawdziwą jędzą! - Matka rozpłakała się.
- A ty podstarzałą rozpustnicą - odcięła się bezlitośnie Irina.
Obie pojechały do urzędu w białych sukniach i, prawdę mówiąc, to
właśnie Irina wyglądała na pannę młodą. Kiedy weszli do holu,
spojrzała w ogromne lustro na całą ścianę - u boku przystojnego
Liwancewa prezentowała się bardzo efektownie. Matka, stara i
nieszczęśliwa, wlokła się z tyłu. Ich oczy spotkały się w
lustrzanej tafli i Irina wyniośle uśmiechnęła się do matki.
25. Polityka mi wisi dorodnym kalafiorem.
Błogosławieni cisi i ci, co pyszczą w porę.
Historia mnie nie bierze, literatura nudzi.
Ja tam już w nic nie wierzę, a już na bank - nie w ludzi.
Nawet drzewa twardnieją, by przeżyć,
Co tu mówić o ludziach, frajerzy!
Tak więc i nadszedł koniec. Do piór drodzy uczestnicy konkursu! I niech
wygra lepszy!
--
Marcin J. Skwark
|