STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY .
[ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA .
CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA

From: "Marcin J. Skwark" <mskwark+prk@gmail.com>
Subject: [konkurs] Szanowny pan raczy się mylić...
Date: Fri, 26 May 2006 00:03:25 +0000 (UTC)
Message-ID: <slrne7chec.7cu.mskwark+asp@locke.deontology.net>

[...]

Tak więc niech rozpocznie się opluwanie!

1. - Świnia - powiedział po raz trzeci Maks i wykręcił drugą stronę
     twarzy na słońce.

   - Maks, tyś mi powiedział trzy razy świnia, ja ci tylko raz
     odpowiem: głupi! Ty pamiętaj, że my mamy prowadzić nie romans,
     nie małżeństwo, tylko interes. Sam okpiłbyś Pana Boga, żeby
     się tylko dało, a mnie mówisz świnia, kiedy ja chcę tylko
     tego, co mi się należy prawnie. No, niech Karol powie.

   - Idź do diabła, stergnij.

2. Curtis ma samochód i razem jeździmy na trening. Któregoś dnia
   schodzę na dół, a on stoi pochylony nad ściekiem i przeklina jak
   diabli. Okazuje się, że złapał gumę i kiedy zmieniał koło położył
   śruby na deklu, potem niechcący go potrącił i śruby wpadły do
   ścieku. Wygląda na to, że się spóźnimy na trening co nie
   wróży nam za dobrze u trenera, więc mówię do Curtisa:

   - Odkręć po jednej śrubie z reszty kół. Po trzy na każdem kole
     starczą, a my dojedziemy na czas.

   Curtisowi przekleństwo staje w gardle, a on sam patrzy na mnie,
   patrzy i wreszcie się pyta:

   - Skoro taki z ciebie idiota, jakżeś to wykombinował? 

   A ja na to:

   - Może jestem idiota, ale nie jestem głupi.

   Kurde, ale się wściekł! Chwycił narzędzie do kół, zaczął mnie
   ganiać, obrzucać każdem brzydkim wyzwiskiem pod słońcem. Popsuło to
   stosunki między nami.

3. Zgodziłbym się natychmiast, nie żartuję. Znając zwyczaje GRU na
   pewno oniemiałby ze zdumienia. - Ty kretynie - zdumiałby się mój
   amerykański kolega - czy zdajesz sobie sprawę, na co się narażasz w
   razie wsypy? - W pełni -odpowiedziałbym radośnie. - No już,
   werbuj mnie wreszcie, przeklęty kapitalisto! Za darmo będę dla
   ciebie pracować, zapłatę od CIA możesz pakować do własnej kieszeni!
   Chcę po prostu ryzykować własną głową. Czyż nie upaja spacer po
   krawędzi przepaści? Czy nie wciąga igranie ze śmiercią? Są
   przecież na świecie szaleńcy, co ujeżdżają dzikie mustangi albo
   tańczą na arenie przed rozszalałym bykiem. Nie dla pieniędzy. Dla
   przyjemności.

4. Wszyscy byli zgodni co do tego, że Cleyinger daleko zajdzie w
   świecie akademickim. Krótko mówiąc, Clevinger był facetem
   wybitnie inteligentnym, a zupełnie przy tym głupim, i ludzie
   dzielili się na takich, którzy o tym wiedzieli, i na takich, którzy
   dopiero mieli się o tym przekonać.

   Jednym słowem, był kretynem. Przypominał  [...] jednego z tych
   ludzi, którzy wiszą w muzeach sztuki nowoczesnej i mają dwoje
   oczu po tej samej stronie twarzy.

5. - Właśnie, jak się nazywa! - krzyknął zrozpaczony Iwan. - Żebym
     to ja wiedział, jak on się nazywa! Nazwisko było na wizytówce,
     ale się nie przyjrzałem... Pamiętam tylko pierwszą literę "W", na
     "W" się nazywa! Co to było za nazwisko na "W"? - schwyciwszy się
     za głowę Iwan zapytał sarn siebie i nagle zaczął mamrotać: - We,
     we, we, wa... Wo... Waszner? Wagner? Weiner? Wegner? Winter? -
     Rozmyślał w takim napięciu, że poruszały mu się włosy na
     głowie.

   - Wulf! - podrzuciła litościwie jakaś kobieta.

   Iwan się wściekł.

   - Idiotka! - wrzasnął, szukając oczyma tej, która się odezwała. -
     Co tu ma do rzeczy Wulf? Wulf nic tu nie zawinił! Wo, wa... Nie,
     nie pamiętam! Wiecie co, obywatele - zadzwońcie co prędzej na
     milicję, niech wyślą w pościg za konsultantem pięć
     motocykli z karabinami maszynowymi. Ale nie zapomnijcie
     powiedzieć, że jest z nim jeszcze dwóch, jakiś taki kraciasty
     dryblas, pęknięte szkło w binoklach, i czarny kot, taki
     tłusty... A ja póki co przeszukam Gribojedowa, coś mi mówi, że
     jest tutaj!  Iwan w podnieceniu rozepchnął otaczający go tłum,
     zaczął wymachiwać świeczka polewając się woskiem i zaglądać
     pod stoliki. Wtedy ktoś zawołał: "Gdzie lekarz?" i pojawiła
     się przed Iwanem czyjaś jowialna, mięsista, wygolona i dobrze
     odżywiona twarz w rogowych okularach.

   - Towarzyszu B. - powiedziała ta twarz jubileuszowym głosem -
     uspokójcie się! Wyprowadziła was z równowagi śmierć tego,
     którego wszyscy tak kochaliśmy, śmierć Michała
     Aleksandrowicza... nie, po prostu Miszy [...]. Wszyscy
     świetnie to rozumiemy. Potrzebny jest warn spokój. Towarzysze
     zaraz was odprowadzą do łóżka, prześpicie się...
 	
   - Czy ty - szczerząc zęby przerwał mu Iwan - rozumiesz, że trzeba
     złapać profesora? Co mi tu głowę zawracasz jakimiś bzdurami?
     Kretyn!

6. Z końcem lata 1918 roku przeniesiono mnie na Węgry, do pewnego
   oddziału wartowniczego w zapadłej mieścinie, gdzie spotkałem
   pokrewne mi dusze.  Dotychczasowa służba nauczyła mnie ryzyka i
   przełożeni z miejsca oceniali mnie właściwie. Nazywano mnie
   zdrajcą, zakałą wojska, podżegaczem i parszywą owcą. W obawie przed
   demoralizacją towarzyszy, starano się zawsze trzymać mnie od nich z
   dala i wysyłano na różne kursy, z których wracałem po kilku dniach
   z opinią idioty i kretyna, czym wprowadzałem w osłupienie mego
   dowódcę, który miał o mnie mniemanie biegunowo przeciwne.

7. Odstawiłem kieliszek i wstałem.
   
   - Zbliża się jeden z moich rzadkich ataków delikatności -
     powiedziałem. - Czy podwiezie mnie pani do najbliższego postoju
     taksówek, jeżeli nie jest pani zbyt zmęczona?

   - Jest pan cholernie głupi - rzuciła ze złością. - Zbili pana na
     kotlet mielony, pokłuli Bóg wie jakimi narkotykami, i myślę,
     że trzeba tylko, żeby się pan porządnie wyspał, wstanie pan rano
     rześki i zdrów i znów pan będzie detektywem.

   - Miałem zamiar trochę później iść spać.

   - Powinien pan być w szpitalu, cholerny idioto!  

   Wstrząsnąłem się.

   - Niech pani posłucha - powiedziałem. - Nie mam teraz zbyt jasnej
     głowy i sądzę, że nie powinienem tu dłużej siedzieć. Nie wiem o
     tych ludziach nic, czego mógłbym dowieść, ale mam wrażenie, że
     oni mnie nie lubią. Cokolwiek bym powiedział, byłoby to tylko
     moje słowo przeciwko całemu prawu, a zdaje się, że prawo w tym
     miasteczku jest diabelnie skorumpowane.

8. Lennie przyklęknął i patrzył ponad ogniskiem na zirytowanego
   George'a. Twarz miał stężałą z przerażenia.

   - A co mam zamiast tego? - ciągnął George z wściekłością. -
     Ciebie! Nie możesz się utrzymać w żadnej robocie, a i ja tracę
     każdą przez ciebie i muszę się włóczyć po całym stanie. To
     jeszcze nie jest najgorsze. Wciąż się w coś pakujesz. Wciąż
     odwalasz jakieś numery, a ja cię muszę z tego wyciągać. -
     George prawie krzyczał. - Ty pieprznięty sukinsynu! Przez ciebie
     wciąż pakuję się w jakieś gówno! - Przybrał ton
     przedrzeźniających się smarkul: "Ja chciałem tylko pomacać jej
     sukienkę... Chciałem tylko pogłaskać ją jak mysz...". Skąd ona,
     do diabla, miała wiedzieć, że chciałeś tylko pomacać jej
     sukienkę? Dziewucha się wyrywa, a ty ją ściskasz, jakby to
     była mysz. Narobiła wrzasku i musieliśmy się przez cały dzień
     chować w rowie przed facetami, co nas szukali. A potem wiać
     stamtąd po ciemku, gdzie pieprz rośnie. Ciągle coś takiego
     odwalasz, bez przerwy! Najlepiej wsadziłbym cię do klatki z
     milionem myszy i bawiłbyś się, ile wlezie. - Nagle cała jego
     złość wyparowała. Spojrzał przez ogień na udręczoną twarz
     Lenmego i zawstydzony utkwił wzrok w płomieniach.

9. Spocony ze strachu Yoshima stał na baczność przed
   rozwścieczonym generałem.

   - Ty głupcze! Ty nieudolny idioto! - grzmiał generał.

   Yoshima przygotował się na cios, który teraz powinien nastąpić. I
   rzeczywiście, generał uderzył go otwartą dłonią w twarz.

   - Ma pan odnaleźć to radio, bo jeśli nie, zdegraduje do
     szeregowca. Odwołuje pańskie przeniesienie. Odmaszerować!

   Yoshima zasalutował przepisowo, a niski ukłon, jaki złożył, był
   uosobieniem pokory. Wyszedł z kwatery generała szczęśliwy, że
   skończyło się tylko na tym. Żeby ich zaraza wybiła, tych
   przeklętych jeńców! - zaklął w myślach.

10. Goście zeszli na ląd, "Wiera" przy akompaniamencie ryku syreny
    odbiła od przystani i, sypiąc z komina rozżarzonymi iskrami,
    wkrótce zniknęła za zakrętem rzeki. Łowcy, korzystając z tego, że
    Pawłow zainteresował się Chińczykami, przystanęli na uboczu, by
    swobodniej porozmawiać.

    - Głupie Niemczysko udzieliło nam ważnych informacji - zaczął
      bosman. - Aż mnie w dołku ścisnęło, gdy wspomniał tego
      Naszkina.

    - Szkoda, że nie mogliśmy więcej go wypytać - wtrącił T.

    - Świerzbiał mnie język, prawdę mówiąc...

    - Nie ma czego żałować - zauważył S. - Naszkin na pewno
      zatrudnia wielu pracowników. Wątpię, czy Kramer zainteresowałby
      się zesłańcem, który z całą pewnością nie otrzymał
      ważniejszego stanowiska.

11. Przeglądam w myśli wszystkich mych przyjaciół twarze
    I myślę sobie, och psiakrew! czyż wszyscy są gówniarze?
    Ach, nie! Jest kilku wiernych, z tymi pojechałbym nawet do Kielc.
    A reszta? Ach, reszta, proszę pani, to jest gówno, wprost na szmelc. 

12. Wilhelm czuł się głęboko upokorzony. Starałem się go pocieszyć, od
    trzech dni szuka tekstu greckiego - mówiłem - jest zatem rzeczą
    naturalną, iż w toku oględzin odsuwał na bok wszystkie księgi,
    które nie były po grecku. A on odpowiadał, że jest z pewnością
    rzeczą ludzką błądzić, są jednak tacy, którzy błądzą więcej niż
    inni, i owych zwie się głupcami, on zaś do nich należy, i
    rozważał, czy warto było uczyć się w Paryżu i Oksfordzie, skoro
    nie potrafi się później pomyśleć, iż manuskrypty oprawia się
    również po kilka, o czym wiedzą nawet nowicjusze, oprócz tak
    głupich jak ja, taka zaś para głupców jak my dwaj miałaby
    powodzenie na jarmarkach, i to właśnie winniśmy czynić,
    miast rozwikływać tajemnice, a osobliwie, kiedy mamy do czynienia
    z ludźmi znacznie od nas bystrzejszymi.

13. "Słuchajcie no, dlaczego nic nie mówicie?" - zawołał Bóg ponownie,
    podnosząc swą olbrzymią dłoń. I wtedy ujrzał, że kogut i
    świnia, którym diabeł dodał odwagi, podnoszą wreszcie
    głowy. "Mistrzu, cóż my możemy powiedzieć? Gratulujemy ci - twój
    świat jest - odpukać - doskonały. Ale brakuje w nim jednej
    rzeczy - niskopnącej rośliny dającej grona, z których wyciska
    się wino".

    "A więc to tak? Już ja wam pokażę, łajdaki - powiedział
    rozgniewany Bóg. - Chcecie, żebym dał wam wino, tak? Pijaństwo,
    bijatyki i wymioty? Niech się narodzi winorośl!" Zakasał
    rękawy, wziął trochę gliny, ulepił z niej pęd winorośli i
    zasadził go. "Kto wypije za dużo - powiedział - niech usłyszy moją
    klątwę: oby miał móżdżek jak kogut i ryj jak świnia!"

14. Handzia stoi jak nieżywa z rękami nad głowo, w słup soli
    przemieniona i jak sol biała. A jedna noga podkurczona! Czemu
    podkurczona? Może weź jo w piętę kolnoł? Nie, nie węż jo
    kolnoł: od razu widać co. Zagotowało sie we mnie! Podskoczę i lu!
    babę z jednej strony w gębę, lu! z drugiej, cało garście po
    mordzie, aż przysiadła w kuczki, głowę w ręce chowa.

    Rozdziawo ty, krzyczę w sprawiedliwym gniewie, gapo ty, robota
    tobie sama w rękach gnije! Lugo ty zgniła, gnido wszawa, jajko,
    Ojezu, jajko rozdusić!

15. Obaj ani na krok nie odstępowali od warunków wstępnych. Grager
    żądał, by Ithilieńczycy mogli wejść do fortu, by strzec pokoi
    Faramira, Gepard żądał dyslokacji ich leśnych baz.

    - Pan, chyba, ma mnie za idiotę, kapitanie? 

    - Tak, przecież żąda pan, bym wpuścił uzbrojonych ludzi do twierdzy... 

    Sprzeczając się tak przez kwadrans, stwierdzili w końcu, że Biały
    Oddział poprosi o instrukcje z Minas Tirith, a Ithilieńczycy jutro
    przepuszczą bez przeszkód gońca. Na tym się rozstali.

16. - Pozwól mi mieć przy sobie broń, Martin.

    Rotmistrzowi straży aż oczy na wierzch wyszły ze zdumienia.
    
    - Mowy nie ma - odrzekł po dłuższym milczeniu.
    
    Umyślnie powolnym ruchem kapitan wyjął i pokazał swój
    rzeźnicki nóż.
    
    - Tylko tę.
 
    - Rozum Ci odjęło. Masz mnie za głupca?

    A. pokręcił głową.

    - Chcą mnie zamordować - rzekł prosto z mostu. - W naszym fachu to
      nic nowego, przychodzi prędzej czy później. Nie chciałbym
      wszelako rzeczy całej ułatwić - tu znów wykrzywił twarz w
      czymś podobnym do uśmiechu. - Przysięgam, że przeciwko
      tobie jej nie użyję.

    S. poskrobał się po brodzie starego wiarusa. Szrama, którą
    skrywała, ciągnąca się od ust po prawe ucho, była dziełem
    Holendrów, pamiątką po oblężeniu Ostendy, gdy doszło do ataku na
    reduty Caballo i Cortina. U jego boku tego dnia, i nie tylko,
    stawał wówczas D.A.

    - Ani przeciwko nikomu z moich ludzi - ozwał się wreszcie.
    
    - Słowo.

    Dowódca straży wahał się jeszcze przez moment. W końcu odwrócił
    się doń plecami, klnąc pod nosem, na czym świat stoi. Kapitan
    tymczasem wsunął nóż za cholewę buta.
 	
    - Niech to diabli, D. - burknął S. - Idźmyż wreszcie, do
      kroćset.

17. Któż to chodzi z butami po nagim ciele kobiecym
    Odpowiadam: poeta
    Gnój
    alfons swej śmierci co ją rymuje wciąż ze śmiechem

18. Jak tylko ten drugi spojrzał, zeskoczył ze mnie, jakbym był
    zakażony. Podniósł się, wściekły. Bez słowa zaczęli mnie
    kopać. Równocześnie rzucali przekleństwa. Ten, który na mnie
    siedział, uderzył mnie czubkiem buta w bok. Chwyciłem jego nogę i
    nie puszczałem.

    - Puszczaj, pierdolony odmieńcu!

    Drugi kopał mnie w głowę. Po trzecim czy czwartym kopnięciu
    zemdlałem.  Kiedy się ocknąłem, wokół panowała cisza. Wydawało mi
    się, że sobie poszli. Nagle ktoś zachichota.

    - Prezentuj broń - usłyszałem głos. Spłynęły na mnie dwa
      skrzyżowane, iskrzące się strumienie żółtej cieczy.
    
    - Spierdalaj tam, skąd przyszedłes, odmieńcu.

    Zostawili mnie leżacego w tym miejscu.

19. Głos, który rozległ się po drugiej stronie, trafił mnie prosto w żołądek.
 
    - Ty skurwysynu, duszę ci wyrwę z jajami.

    Głos był zimny i spokojny. Hamowana złość nadawała mu stalowy
    ton. To mnie najbardziej przeraziło. Mogłem sobie wyobrazić pana
    Aguilara w przedpokoju swego mieszkania, trzymającego słuchawkę
    tego samego aparatu telefonicznego, z którego tylokrotnie
    korzystałem, by uprzedzić ojca, że moja wizyta u Tomasa
    przeciągnie się. Oniemiały, słuchałem oddechu ojca B.,
    zastanawiając się czy rozpoznał mnie po głosie.
 	
    - Chociaż widzę, że jaj ci brakuje, bo nie masz nawet odwagi ię
      odezwać. Byle zasraniec jest w stanie zrobić to, co zrobiłes,
      ale prawdziwy mężczyzna przynajmniej by się nie chował. Ja bym
      umarł ze wstydu, gdybym się dowiedział, że siedemnastoletnia
      dziewczyna ma większe jaja ode mnie, bo ona nie chciała
      powiedzieć, kim jesteś, i nie powie. Znam ją. A ponieważ nie
      masz odwagi wziąć wszystkiego na siebie, ona będzie musiała
      zapłacic za to, co zrobiłeś.

20.  - Pan jest oszustem i naciągaczem - reżyser darł się na
     S. - To miał być ten wymarzony plener? W ciągu dwu
     dni zdjęciowych ukradli nam trzy samochody, jednego aktora omal
     nie zapili na śmierć. Rozumiesz, sterroryzowali biedaka i
     kazali mu pić wódkę szklankami, dobrze, że chociaż w szpitalu go
     uratowali, a żółtaczkę to się w Ameryce wyleczy... Latający
     talerz, zrobiony specjalnie do filmu, podziurawili jak sito z
     broni maszynowej. Całe szczęście, że nikt nie zginął. I
     jeszcze jeden aktor, trepanacja czaszki. Jacyś zwyrodnialcy
     wiercili mu w głowie dziury wiertarką i oporniki wpychali!
     Związek zawodowy żąda ode mnie wypłacenia mu odszkodowań...

     S. wzruszył ramionami.

     - Ja swoją część umowy wypełniłem - powiedział spokojnie. -
       Należy się dwadzieścia pięć tysięcy, czterysta osiemdziesiąt
       trzy dolary i piętnaście centów.

21. - Zasrańcy! - ryknął Arnie nie swoim głosem - wysokim, piskliwym i
      naładowanym nienawiścią.

    Leigh odwróciła się raptownie, chwyciła na oślep zaparkowanego
    obok [...] samochodu i zwymiotowała, nie widząc nic oprócz
    rojowiska małych białych kropek, puchnących błyskawicznie niczym
    dmuchany ryż. Przemknęła jej niewyraźna myśl o wiejskim
    festynie, w którym kiedyś brała udział. Ustawiano wtedy na
    platformie wrak jakiegoś przywleczonego ze złomowiska pojazdu i
    za dwadzieścia pięć centów każdy, kto miał ochotę, mógł uderzyć
    kowalskim młotem. W zabawie chodziło o to, żeby zdemolować
    samochód, ale nie... nie...
 	
    - Cholerni zasrańcy! - ryknął Arnie. - Załatwię was! Załatwię was,
      choćby nie wiem co! Załatwię was, nawet gdyby to miała byc
      ostatnia pieprzona rzecz, jaką zrobię w życiu!

22. Podtiołkow, stąpając ciężko i zapadając się w śnieg, podszedł
    ku jeńcom. Stojący na czele Czerniecow patrzył na niego mrużąc
    wzgardliwie jasne, zuchwałe oczy; odstawiwszy lewą nogę poruszył
    nią lekko, zaciskając pod białą podkówką górnych zębów wciągniętą
    do środka różową wargę. Podtiołkow stanął przed nim twarzą w
    twarz. Drżał cały, nie mrugające jego oczy pełzły po zbrużdżonym
    śniegu, uniosły się, na chwilę skrzyżowały się z
    nieustraszonym, wzgardliwym spojrzeniem Czernicowa, łamiąc je
    ciężarem nienawiści.

    - Wpadłeś... gadzie! - rzekł Podtiołkow niski, bulgoczącym
      głosem i cofnął się o krok w tył; niby cios szabli przeciął jego
      policzki krzywy uśmiech.
 	
    - Zdrajca kozaczyzny! Kanalia! Zdrajca!... - przez zaciśnięte
      wargi warknął Czerniecow.

23. A jednak, jako że wszystkie wielkie czyny ducha rzucają nie tylko
    blask, ale i cienie, i oprósz dobrodziejstw gotują ludziom także
    utrapienia i biedę, tak i ów wspaniały wynalazek Frangipaniego
    miał, niestety, przykre skutki: skoro bowiem nauczono się więzić
    ducha kwiatów, ziół, drzewa, żywicy i zwierzęcych wydzielin w
    tyn­kturze i przechowywać we flaszeczkach, sztuka perfumeryjna
    stopniowo jęła się wymykać z rąk nielicznych uniwersalnych znawców
    rzemiosła i stała się dostępna szarlatanom, o ile tylko mieli jako
    tako wrażliwe nosy, jak na przykład ten śmierdziel Pelissier. Nie
    troszcząc się o to, skąd się brała cudowna zawartość flaszeczek,
    mógł po prostu folgować swoim olfaktorycznym kaprysom i mieszać
    razem to, co akurat mu się spodobało albo czego domagała się
    publiczność.

    Ten kundel Pelissier w wieku trzydziestu pięciu lat na pewno
    posiadał już większy majątek niż on, Baldini, zdołał zgromadzić
    dzięki wytrwałej pracy trzech pokoleń. 


24. - Ależ Iro... - Swietłana Pietrowna nie mogła wykrztusić słowa.
 
    - Powiedziałam: albo obie się przebierzemy, albo obie zostaniemy w
      białych sukniach.
 
    - O Boże, jesteś prawdziwą jędzą! - Matka rozpłakała się.

    - A ty podstarzałą rozpustnicą - odcięła się bezlitośnie Irina.

    Obie pojechały do urzędu w białych sukniach i, prawdę mówiąc, to
    właśnie Irina wyglądała na pannę młodą. Kiedy weszli do holu,
    spojrzała w ogromne lustro na całą ścianę - u boku przystojnego
    Liwancewa prezentowała się bardzo efektownie. Matka, stara i
    nieszczęśliwa, wlokła się z tyłu. Ich oczy spotkały się w
    lustrzanej tafli i Irina wyniośle uśmiechnęła się do matki.

25. Polityka mi wisi dorodnym kalafiorem.
    Błogosławieni cisi i ci, co pyszczą w porę.
    Historia mnie nie bierze, literatura nudzi.
    Ja tam już w nic nie wierzę, a już na bank - nie w ludzi.

    Nawet drzewa twardnieją, by przeżyć,
    Co tu mówić o ludziach, frajerzy!

Tak więc i nadszedł koniec. Do piór drodzy uczestnicy konkursu! I niech
wygra lepszy!

-- 
Marcin J. Skwark


STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY . [ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA . CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA
[ hosted by artserwis.pl - praca , - portal twórców ] [ VIRTUS3 DESIGN ]