STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY .
[ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA .
CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA

From: "Gosia Wolniewicz" <magnolia1973@gazeta.SKASUJ-TO.pl>
Subject: [konkurs] Zakłady użyteczności publicznej
Date: Mon, 2 Jul 2007 09:14:39 +0000 (UTC)
Message-ID: <f6aflv$q8r$1@inews.gazeta.pl>

[...]

1.
Ludzie zastanawiali się czasem, dlaczego dziewczyna w rodzaju Doroty zadaje
się, nawet przypadkowo, z człowiekiem w typie pana Warburtona; najwyraźniej
jego wpływ na nią był wpływem, jaki bluźniercy i nicponie wywierają na
pobożnisiów. To fakt, wystarczy się wokół rozejrzeć, by się przekonać, że
pobożnisie i niemoralni dryfują ku sobie w sposób naturalny. Najlepsze sceny
burdelowe w literaturze zostały napisane, bez wyjątku, przez pobożnych
wiernych albo pobożnych niewiernych.

2.
Zakład był nader uczęszczany jako jedyny w niewielkim miasteczku. Madame
umiała mu nadać należyty szyk. Była tak grzeczna i uprzedzająca dla
wszystkich, znano tak dalece dobroć jej serca, że otaczał ja pewien rodzaj
poważania. Bywalcy starali się jej przypodobać i być uradowani, gdy wyróżniła
kogoś z nich swą przyjaźnią, a gdy się spotkali w ciągu dnia przy swych
zajęciach zawodowych mówili: - Dziś wieczór tam, gdzie pan wie - tak jak się
mówi: - Spotkamy się przy obiedzie w kawiarni.
Jednym słowem dom pani X. był miejscem odprężenia umysłów i mało kto nie
dopisywał na codziennych schadzkach.
Otóż pewnego wieczoru pod koniec maja pierwszy przybysz, pan Poulin, kupiec
drzewny i były mer, znalazł drzwi zamknięte. Za kratkami nie świeciła się mała
latarnia, żaden głos nie dochodził z domu, który wydawał się martwy. (...)
Błąkał się jeszcze jeden (...) człowiek. Był to pan Tournevau, solarz ryb,
zrozpaczony, że będzie musiał oczekiwać do najbliższej soboty. Liczył jeszcze
na jakiś przypadek, nie pojmując w swym oburzeniu, dlaczego policja pozwoliła
tak po prostu zamknąć nadzorowany i strzeżony przez nią zakład użyteczności
publicznej. (...)
Wreszcie dostrzegł, że na okapie była przyklejona kartka. Czym prędzej
zaświecił woskową zapałkę i przeczytał następujące słowa,  nakreślone pismem
wielkim i nierównym: "Zamknięte z powodu pierwszej komunii świętej".

3.
Poszedłem na spacer. Mieszka tu wielu ludzi. Znalazłem takie miejsce, które
nazywają Mroki. A potem zobaczyłem, jak kilku mężczyzn próbuje okraść młodą
Damę. Przeszkodziłem im. Nie umieli walczyć, jak należy, a jeden próbował mnie
kopnąć w Części Witalne, ale zgodnie z radami miałem Ochraniacz i bardzo go
zabolało. Wtedy Dama podeszła do mnie i spytała, czy interesuje mnie Łóżko.
Odparłem, że tak.
Zabrała mnie do swojego domu, gdzie poza tym zamieszkują chyba Ważne Osoby,
tuzy pośród mieszkańców, gdyż dom ów nazywa się zamtuzem. Prowadzi go pani
Palm. Dama, o której sakiewkę chodziło, ma na imię Reet, powiedziała:
Żałujcie, że go nie widzieliście, ich było trzech; to zadziwiające. Pani Palm
rzekła, że to na koszt firmy. I jeszcze dodała: Jaki wielki ochraniacz.
Poszedłem więc na górę i zasnąłem, choć mieszkańcy tego domu mocno hałasowali.
Reet budziła mnie raz czy dwa i pytała, czy nie mam na nic ochoty, ale
niestety, nie mieli jabłek. Tak więc spadłem na cztery łapy, jak tutaj mówią,
chociaż nie wiem, jak to możliwe, bo przecież Rozsądek nakazuje spadać na dwie
nogi.

4.
Miałem w szkole oficerskiej kolegę, niejakiego Bułkina. Niesłychanie czuły
mąż, żonę kochał do szaleństwa. Zdarzało się, że wszyscy nasi po zajęciach idą
na Ligowkę, do wesołego domku, a on - zawsze wprost do żony, taki był z niego
dziwak. Po ukończeniu szkoły dostał przydział do Floty Bałtyckiej, oczywiście
do tajnych służb. - Pułkownik zaciął się, przestraszony, że sam się zdradził,
i z niepokojem spojrzał na rozmówcę. Niepotrzebnie się obawiał: wzroku
blondyna najmniejszy cień nie zamącił, nieznajomy patrzył wciąż z takim samym
zainteresowaniem i spokojem. - Nno tak, proszę bardzo. Siłą rzeczy zaczęły się
rejsy, czasem długie, wielomiesięczne. W porcie oficerowie od razu do burdelu,
a Bułkin siedzi w kajucie, medalion z miniaturką żony obsypuje pocałunkami.
Popływał tak z roczek, pomęczył się, aż wreszcie wynalazł znakomity kompromis.
- Tak? - ucieszył się blondyn. - A ja nawet nie przypuszczałem, że tu jest
możliwy jakiś kompromis.
- Bułkin miał głowę! Z opracowań analitycznych był pierwszy w klasie! - Feliks
Stanisławowicz z podziwem pokiwał głową. - I patrz pan, co wymyślił! Zamówił u
dekoratora teatralnego maskę z papier mache: dokładny portret ukochanej
małżonki, nawet złocistą perukę na górze umocował. Odtąd, kiedy tylko staną w
porcie, Bułkin pierwszy do bajzla sunie. Weźmie sobie jakąś, pardon, łachudrę
z co straszniejszą fizys i dlatego oczywiście tańszą od innych, nałoży jej
maskę żony i już ma całkiem czyste sumienie. Mówił: może ciałem nie dotrzymuję
całkiem wierności, ale duchem - w pełni. I przecież miał rację! Wśród
towarzyszy w każdym razie był szanowany.

5.
W głębi korytarza kobieta otworzyła drzwi i przekręciła wyłącznik. Weszli do
skąpo oświetlonego pokoju. Wielkie łoże pod jedwabnym baldachimem, kolosalnych
rozmiarów fotel klubowy kryty jasnobrązowym aksamitem oraz trzy złocone
krzesełka stanowiły umeblowanie. Na stole pośrodku pokoju duży bukiet
tulipanów tworzył jaskrawożółtą plamę. Kotary w oknach zaciągnięto, więc
odgłos przejeżdżającego ulicą samochodu był bardzo przytłumiony. Ogromne
lustro pokrywało całą jedną ścianę. Wszystko to razem sprawiało wrażenie
numeru w staroświeckim hotelu luksusowym niegdyś, dziś zdeklasowanym
cokolwiek. (...)
Została w płaszczu, chociaż w pokoju było bardzo ciepło. Cicho zasiadła na
brzegu łóżka. Czekała. Boylan zapalił papierosa, wygodnie rozparł się w
kolosalnym fotelu, skrzyżował nogi. 
Z ironiczną po trosze miną i z uśmiechem spojrzał na Gretchen. 
- To jest burdel - oznajmił rzeczowo. - Nie domyśliłaś się dotąd? Byłaś już
kiedy, duszko, w podobnym zakładzie? 
Zdawała sobie sprawę, że ją prowokuje, więc milczała. Sądziła, że głos może
odmówić jej posłuszeństwa. 
- Raczej nie byłaś - podjął. - A szkoda. Każda dama winna chociaż raz
odwiedzić burdel, sprawdzić, jak funkcjonuje konkurencja.

6.
Alvaro przyszedł któregoś popołudnia do księgarni katalońskiego mędrca,
obwieszczając gromkim głosem swoje ostatnie odkrycie: burdel zoologiczny.
Nazywał się "Złote Dziecię" i był olbrzymim salonem na wolnym powietrzu, gdzie
spacerowało swobodnie nie mniej niż dwieście flamingów, które ogłaszały
godziny przeraźliwym klekotem. Na podwórkach odgrodzonych drutami od parkietu
do tańca, pośród olbrzymich kamelii znad Amazonki były różnobarwne czaple,
kajmany utuczone jak prosięta, grzechotniki o dwunastu obręczach i żółw z
pozłacaną skorupą, który pławił się w miniaturowym sztucznym oceanie. Był też
olbrzymi, biały i łagodny pies-pederasta, który mimo to nie odmawiał swoich
usług jako reproduktor w zamian za jedzenie. Powietrze było tak rześkie, jakby
dopiero co zostało stworzone, a piękne Mulatki, pogrążone w oczekiwaniu bez
nadziei wśród purpurowych kwiatów i niemodnych płyt gramofonowych, znały
tajniki miłości, które człowiek zostawił zapomniane w ziemskim raju. Pierwszej
nocy, gdy chłopcy odwiedzili ten ogród złudzeń, wspaniała i melancholijna
staruszka, która strzegła wejścia kołysząc się w swym wyplatanym fotelu,
uczuła, że czas wraca do swoich pierwotnych źródeł, kiedy wśród pięciu
wchodzących ujrzała kościstego mężczyznę o żółtawej skórze i wydatnych
kościach policzkowych, naznaczonego na zawsze i od początku świata znamieniem
samotności.
- Ach! - westchnęła. - A.!
Widziała znowu pułkownika A. B. tak jak niegdyś w świetle lampy, na długo
przed wojnami, na długo przed rozpaczą sławy i banicją rozczarowania, tamtego
dalekiego ranka, kiedy wszedł do jej sypialni, by wydać pierwszy rozkaz w
swoim życiu: rozkaz, żeby mu dano miłość.

7.
S. (bardzo pijany, ale mimo to zdolny zręcznie skręcić po ciemku papierosa)
potarł zapałkę i zaciągnął się (...) i uderzył pięścią w drzwi.
Judasz odchylił się natychmiast i ogromna, ciemna twarz hawajskiej kobiety
zerknęła na nich podejrzliwie.
- Wpuść nas - powiedział S. - Marzniemy w tę zimną, zimną noc - i zakończył
tragicznym, z serca płynącym czknięciem.
- Wy pijani - sapnęła pękata twarz. - Idźcie sobie. Nie chcemy mieć przeprawy
z żandarmerią. To przyzwoity lokal. Zamknięte. Idźcie do domu.
- Tylko ze mną nie zaczynaj; Minerwo - wyszczerzył zęby S. - bo cię zdegraduję
do szeregowca. Idź powiedzieć pani Kipfer, że jest tutaj jej chłopczyk numer
jeden i w ogóle dlaczego nie stoi przy drzwiach, gdzie jej miejsce.
- Aha - odparła kobieta, jeszcze podejrzliwie. - To zaczekajcie. - I z
irytacją zatrzasnęła judasza.
X. poczuł, że owe nieziemsko piękne piersi, brzuchy i długie uda zaczynają się
gdzieś rozpływać i niknąć. Spojrzał na S.
- No masz - powiedział S. kwaśno. - Widzisz? Baba myśli, żeśmy pijani.
- Coś podobnego - rzekł X. - Podejrzliwa stara prukwa.
- Jak tylko kobieta widzi żołnierza, zaraz myśli, że jest pijany. Dlaczego? Ty
wiesz dlaczego?
- Bo jest.
- Słusznie. Taka podejrzliwa. Dlatego nie lubię chodzić do tych lokali. Żadnej
wiary w człowieka. Za dwa centy mogę iść do wojskowego burdelu. Co ona myśli,
że to jedyny bajzel w mieście? O cztery domy stąd jest nawet ten japoński
masaż elektryczny.

8.
ZAMTUZ GOMORRHEUM PODWOIE 
Z DNIEM DZISIEJSZYM ROZWIERA! 
PO RESTAURACYI DLA SMAKOTLIWYCH 
SELEKCYA JAKIEY NIGDY NIE BYWAŁO!! 
DZIECKA LEPNIACZE, CHUDOBA 
W KOMNATACH I NA WYNOS!!!

9. 
Co się tyczy przygotowań topograficznych, zasadniczo polegały one na
przystosowaniu czterech pomieszczeń przeznaczonych dla pierwszego konwoju
SWGPGO i zostały przeprowadzone pod wyłącznym kierownictwem tak zwanej
Ciuciumamy. Ta oświadczyła, że w związku z możliwością deszczu pomieszczenia
powinny być pod dachem i przede wszystkim nie powinny przylegać do siebie, aby
uniemożliwić rozchodzenie się dźwięków i podglądanie, czego niestety nie dało
się całkowicie zapewnić. Po przeprowadzeniu przeglądu istniejących na
posterunku obiektów pod dachem, których, o czym dowództwo wie, jest niewiele,
wybrano magazyn prowiantowy, stanowisko radiowe i punkt sanitarny, jako
najodpowiedniejsze. Dzięki rozmiarom magazynu prowiantowego można go było
podzielić na dwa pomieszczenia, jako przegrody rozdzielającej używając skrzyń
z artykułami żywnościowymi. Wspomniana Ciuciumama zażądała następnie, aby w
każdym pomieszczeniu postawić łóżko z odpowiednim siennikiem lub materacem
kauczukowym, a z jego braku hamak, i pokryć je nieprzemakalną ceratą mającą
zapobiegać powstawaniu przecieków i uszkodzeń materiału. Natychmiast
przystąpiono do przeniesienia z kwater żołnierskich do wyżej wymienionych
pomieszczeń czterech łóżek (wybranych drogą losowania) z odnośnymi materacami,
ale że nie można było zdobyć wymaganych cerat, zastąpiono je brezentem,
którego używa się do zabezpieczania sprzętu i broni w czasie dreszczu.
Również, po przykryciu materacy brezentem, przystąpiono do
W związku z tym, że okazało się niemożliwe wyposażenie każdego pomieszczenia w
nocnik, o który prosiła pani Ciuciumama, z tej przyczyny, że posterunek nie
dysponuje ani jednym ze wspomnianych naczyń, przydzielono cztery wiadra do
paszy. Nie było trudności z wyposażeniem poszczególnych pomieszczeń po jednej
umywalce z odnośnym naczyniem na wodę, tak jak i z dostarczeniem do każdego z
nich po jednym krześle, skrzynce lub stołku celem odłożenia odzieży i po dwie
rolki papieru toaletowego, w związku z czym niżej podpisany składa niniejszym
dowództwu prośbę o wydanie Intendenturze rozkazu o jak najszybsze uzupełnienie
tego ostatniego, ze względu na bardzo skromne zapasy wspomnianego artykułu,
którego, w tym tak odosobnionym rejonie, nie można niczym zastąpić, jak np.
papierem gazetowym czy pakowym, przy zaistnieniu już wypadków pokrzywki i
ciężkich podrażnień skórnych wśród żołnierzy wskutek używania w wiadomych
celach liści. Wspomniana Ciuciumama sprecyzowała, że jest konieczne zaopatrzyć
pomieszczenia w zasłony, które nie pozostawiając ich w całkowitej ciemności
złagodzą światło słoneczne i wprowadzą pewien półmrok, który, zgodnie z jej
doświadczeniami, stwarza najodpowiedniejszy nastrój dla usługi. Niemożliwość
zdobycia firanek w kwiatki, które proponowała pani Ciuciumama, nie była
przeszkodą; pierwszy sierżant Esteban Sandora w pomysłowy sposób przygotował
szereg zasłon z kocy i z kapot żołnierskich, które dosyć zadowalająco
wypełniły swoje zadanie pozostawiając pomieszczenia w odnośnym półmroku. Poza
tym, na wypadek gdyby noc zapadła przed zakończeniem operacji, pani Ciuciumama
zażądała, aby lampy w pomieszczeniach przykryto szmatami koloru czerwonego,
ponieważ, zapewniła, nastrój- tego koloru jest najbardziej sprzyjający dla
usługi. I na koniec wspomniana osoba cywilna upierając się, ze pomieszczenia
powinny mieć pewien posmak kobiecości, osobiście przystąpiła do sporządzenia
wiązanek z kwiatów, liści i dzikich roślin, które zebrała przy pomocy dwóch
szeregowców i artystycznie ustawiła przy łóżku każdego pomieszczenia. Tym
samym przygotowania zostały zakończone i pozostało jedynie czekać na przybycie
konwoju.

10.
To zadziwiające mieszkanie było płodnym rogiem obfitości kipiącym kobiecymi
sutkami i pępkami. Początkowo w słabo oświetlonym szaroburym saloniku, z
którego trzy mroczne korytarze prowadziły w różnych kierunkach ku odległym
zakamarkom tego niesamowitego i wspaniałego burdelu, były tylko trzy
dziewczyny, z którymi przyjechali. Zaczęły się od razu rozbierać, zatrzymując
się na różnych etapach, aby z dumą zademonstrować krzykliwą bieliznę i
przekomarzając się przez cały czas z rozwiązłym zasuszonym staruchem w
brudnej, białej, porozpinanej koszuli i z długimi, niechlujnymi, siwymi
włosami, który siedział chichocząc lubieżnie w wytartym granatowym fotelu
pośrodku saloniku i powitał N. i towarzyszy z radosną, sardoniczną
ceremonialnością. Potem stara kobieta wybiegła truchcikiem po dziewczynę dla
J. G., kiwając smutnie swoją wścibską głową, i wróciła z dwiema piersiastymi
ślicznotkami, z których jedna była już rozebrana, druga zaś miała na sobie
przezroczyste różowe majteczki, z których wyślizgnęła się siadając. Z innej
strony wyskoczyły jeszcze trzy nagie dziewczyny i przysiadły, aby pogawędzić,
potem jeszcze dwie. Cztery dziewczyny przeszły swobodną gromadką, pogrążone w
rozmowie; trzy były boso, a czwarta balansowała niebezpiecznie w nie zapiętych
srebrnych pantoflach na obcasie, które wyraźnie nie były jej własnością.
Ukazała się jeszcze jedna, ubrana tylko w majteczki, i również usiadła,
podnosząc w ten sposób liczbę panienek, które zebrały się w przeciągu kilku
zaledwie minut, do jedenastu, przy czym wszystkie z wyjątkiem tej jednej były
całkowicie nagie.
Ze wszystkich stron otaczały ich teraz nagie ciała, przeważnie pulchne, i J.
G. zaczął umierać. Stał jak kołek, zesztywniały W kataleptycznym osłupieniu,
patrząc na wchodzące i rozsiadające się dziewczyny. Potem nagle wrzasnął
przenikliwie i rzucił się na łeb, na szyję z powrotem do swego mieszkania po
aparat fotograficzny, ale zaraz wrzasnął po raz drugi i stanął jak wryty,
tknięty nagle przerażającym, mrożącym krew w żyłach przeczuciem, że cały ten
uroczy, niesamowicie bogaty i kolorowy pogański raj zostanie mu bezpowrotnie
odebrany, jeżeli choć na sekundę spuści go z oka. Stał w progu mamrocząc
niezrozumiale, a napięte ścięgna i żyły na jego twarzy i szyi pulsowały
gwałtownie. Staruch obserwował go z wyrazem tryumfalnego rozbawienia, siedząc
w swoim wytartym granatowym fotelu niczym jakieś sataniczne i hedonistyczne
bóstwo na tronie, z kradzionym amerykańskim wojskowym kocem owiniętym wokół
pajęczochudych nóg. Roześmiał się cicho, a jego wpadnięte, przenikliwe oczka
świeciły się cyniczną i lubieżną uciechą. Był podpity. N. od pierwszej chwili
poczuł gwałtowną niechęć do tego niegodziwego, zepsutego do szpiku kości i
pozbawionego patriotyzmu starca, który był w tym samym wieku co jego ojciec i
pozwalał sobie na lekceważące uwagi pod adresem Ameryki.

11.
X. zsiadł z konia z wyrazem wściekłości na twarzy. - Burdel - powiedział i
chwycił Littlefingera za ramię, przyciągając go do siebie. - Kazałeś mi jechać
taki kawał drogi po to tylko, żeby mnie zaprowadzić do burdelu?
- Twoja żona jest w środku - odparł Littlefinger.
To była ostateczna zniewaga. - B. okazał ci zbyt wiele łaskawości - powiedział
X. Przycisnąwszy małego Littlefingera do ściany, przyłożył mu sztylet do szyi.
- Panie, nie. - Rozległ się czyjś głos. - On mówi prawdę. - Chwilę później
usłyszeli czyjeś kroki.
X. odwrócił się z nożem w dłoni i ujrzał zbliżającego się siwowłosego
mężczyznę. Ubrany był w brązowe ubranie z surowego sukna, a kiedy biegł, jego
miękki podbródek podskakiwał. - Nie mieszaj się, człowieku - odezwał się X.,
zanim rozpoznał nadbiegającego mężczyznę. - Opuścił sztylet, zdumiony. - Ser
Rodrik?
Rodrik Cassel skinął głową. - Twoja pani czeka na górze.
X. nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. - Naprawdę Y. jest tutaj?
Littlefinger mnie nie nabierał? - Schował nóż.
- Chciałbym, żeby tak było, X. - powiedział Littlefinger. - Idź za mną i
postaraj się, żeby twoja lubieżność pozostała lubieżnością Namiestnika, nie
przeholuj w żadną stronę. Nie byłoby dobrze, gdyby cię rozpoznano.
Przechodząc, możesz popieścić jakąś pierś albo dwie.
Weszli do środka i znaleźli się w zatłoczonym dużym pokoju, w którym gruba
kobieta śpiewała sprośne piosenki, tymczasem młode dziewczęta, ubrane w skąpe
jedwabne stroje, przyciskały się do swoich kochanków albo kołysały na ich
kolanach. Nikt nie spojrzał nawet na X. Ser Rodrik pozostał na dole, tymczasem
Littlefinger poprowadził go na trzecie piętro i dalej, korytarzem do pokoju, w
którym czekała Y.
Krzyknęła na jego widok i natychmiast podbiegła do niego.
- Moja pani - wyszeptał Ned, kiedy go objęła za szyję. (...)
- Dlaczego przybyłaś tutaj, moja kochana? Co to za miejsce?
- Dokładnie takie na jakie wygląda - wtrącił Littlefinger, siadając na
siedzeniu w oknie. - Burdel. Czy może istnieć mniej prawdopodobne miejsce, w
którym by szukanoY.?

12.
Dom Lonny był masywnym, jednopiętrowym budynkiem ogrodzonym murem, za którym
szalały specjalnie wyszkolone psy. Mówiono zresztą, iż to nie psy, tylko
mieszanka szakala i wilka, i że miały zatrute zęby. Ale podejrzewam, że takie
bajdy rozpuszczała sama Lonna, aby dodatkowo wystraszyć nieproszonych gości.
Lonna prowadziła dobrej klasy burdel z wykwintnym wyszynkiem i jedzeniem.
Prócz tego grano u niej w kości i karty. Grano wysoko i w dobrym towarzystwie,
bo nierzadko można tam było trafić na bogatych szlachciców z okolic
Hez-hezronu (po co przyjeżdżali do miasta, opuszczając swe posiadłości, Bóg
jeden raczy wiedzieć), co znamienitszych mieszczan i mistrzów cechowych. A
zresztą każdy, kto miał wypchaną kabzę i jako tako wyglądał, był mile widziany.

13.
Jakoż wkrótce z rozkazu cesarza pojawiły się w senacie ulotki zapowiadające,
że takiego to a takiego dnia wieczorem nastąpi w pałacu uroczyste otwarcie
wytwornego i tylko dla wybranych przeznaczonego burdelu, którego obsługa,
złożona z osób najdostojniejszego domu, postara się zadowolić wszystkie gusty
gości. Wstęp tylko tysiąc sztuk złota. Trunki bezpłatnie.
Z przykrością muszę stwierdzić, ze A. i L. nie zaprotestowały zbyt gorąco
przeciw haniebnemu planowi brata, a nawet potraktowały pomysł jako wyśmienity
kawał. Zastrzegły się tylko, że będzie im przysługiwał wybór klientów i że K.
nie będzie pobierał zbyt wysokiego procentu od zarobionych przez nie
pieniędzy. Ja również zostałem wciągnięty w tę imprezę mimo obrzydzenia, jakim
mnie ona napawała. Przebrany w groteskowy strój, pełniłem funkcję odźwiernego.
K. w masce i zmieniając głos odgrywał rolę zarządzającego burdelem i
posługiwał się wszystkimi sztuczkami tego fachu, żeby oskubać gości z
pieniędzy i wykpić. Jeśli protestowali, wołał mnie na pomoc. Chociaż z nóg
niewielką mam pociechę, to przecież w ramionach jestem dość silny, silniejszy
niż większość ludzi. Co to była za uciecha, gdy klient, zwiedziony mym
niedołężnym kuśtykaniem, ani się spostrzegł, jak dostawszy po karku wylatywał
za drzwi.

14.
- (...) Co jeszcze powiedział?
- Że jestem więźniem świata, a także złych aniołów... bo w tej historii
aniołowie są źli i pomogli Demiurgowi stworzyć cały ten bajzel... źli
aniołowie, jak mówiłam, trzymają mnie między sobą, nie pozwalają się wydostać
i zadają cierpienia. Ale co jakiś czas pojawia się wśród ludzi ktoś, kto mnie
rozpoznaje. Jak Simone. Powiedział, że zdarzyło mu się to już kiedyś, tysiące
lat temu... bo nie powiedziałam ci, że Simone jest praktycznie rzecz biorąc
nieśmiertelny. Gdybyś wiedział, na co on patrzył...
- Z pewnością, z pewnością. A teraz przestań już pić.
- Pssst... Simone spotkał mnie raz, jak byłam prostytutką w burdelu w Tyrze i
nazywałam się Helena...
- Więc takie historyjki opowiada ci ten pan? A ty się z tego cieszysz? Pozwól,
że ucałuję twoją dłoń, kurewko z mojego zasranego świata... Cóż za dżentelmen.
- Jeśli już, to kurewką była ta Helena. A zresztą kiedy w tam¬tych czasach
mówiło się prostytutka, miało się na myśli kobietę wolną, niczym nie związaną,
intelektualistkę, która nie chciała być kurą domową, sam wiesz dobrze, że
prostytutka to była kurtyzana, która prowadziła salon, dzisiaj byłaby nią
taka, która zajmuje się public relations, nazwiesz kurewką specjalistkę od
public relations, jakby była jedną z tych, co polują na kierowców ciężarówek?

15.
Błękitny Pałac był ulubionym lokalem demona. Niezbyt wielki, luksusowy i
kameralny stał w cichej, willowej dzielnicy. Asmodeusz prowadził prężnie
działającą sieć domów publicznych o doskonałej renomie. Zaczynał wiele wieków
temu od kilku skromnych lokali, aby z czasem stać się właścicielem niemal
wszystkich burdeli i kasyn w Limbo, Przedpieklu i Otchłani. Wśród nich
znajdowały się podłe spelunki i ekskluzywne kluby, oferujące szeroką gamę
rozrywek.

16.
- Czy pamiętasz, do jakiego burdelu poszedłeś? C. potrząsnął przecząco głową.
- Czy masz jakąś stałą, do której chodzisz?
- Boże Święty, nie!
- To żaden powód do chwały, synku. Byłeś u jakiejś, to jasne. Obrabowano cię,
to też jasne. Jasne też, że do trunku nasypano ci środka odurzającego.
- Uśpiono mnie?
- To najstarsza sztuczka na świecie. Właśnie dlatego ostrzegałem cię, żebyś
nigdy nie chodził do domu publicznego, którego nie polecił ci ktoś zaufany.
Czy to twoja pierwsza wizyta w domu publicznym w Makau?
- Tak, tak, Chryste Panie, uśpiono mnie?
- A teraz rusz głową. Pomyśl synku! Pamiętasz ten dom?
- Nie, nic. Mam w głowie kompletną pustkę,
- A kto ci go wybrał, co?
C. usiadł na łóżku.	
- Piliśmy i graliśmy. Byłem... mocno zalany. A potem wszyscy rozmawiali... o
dziewczynach. I tych domach. No i... - C. spojrzał na ojca z nie skrywanym
wstydem i udręką - ja po prostu... po tym alkoholu i... no więc, paliłem się
do dziewczyny. Po prostu postanowiłem, że... że muszę iść do jakiegoś domu.
- Nic w tym złego, synu. Kto ci dał adres?
- Chyba... nie wiem... ale myślę, że każdy dał mi jakiś. Zapisali mi adresy...
albo podali mi adresy, nie pamiętam. Pamiętam tylko, że wyszedłem z Klubu.
Czekała tam lektyka i wsiadłem do niej. Zaraz... teraz sobie przypominam.
Kazałem zanieść się do zakładu pani Fortheringill.
- Tam by cię nie obrabowano, synku. Ani nie nasypano narkotyku do kieliszka.
Ani nie odniesiono w taki sposób. Nie opłacałoby się to im ze względu na opinię.

17.
Urodziła się na farmie wśród pól Środkowego Zachodu. Jej matką była hoża
Metyska, ojcem europejski podróżnik, który spędził noc u przypadkowo
napotkanego farmera, uważającego, że najlepiej dowiedzie swej gościnności
ścieląc mu łóżko z tubylczą pięknotką. Podróżnik, wybitny intelektualista, w
swych wspomnieniach nie nadmienił o tym krótkim popasie, a opuszczając Stany
nie miał zapewne pojęcia, jak owocna była jego wyprawa. Do dziesiątego roku
życia Sara przebywała przy matce - poznawała tajemnice przyrody, indiańskie
zaklęcia, podobno pradziadek był słynnym szamanem... Jej samej nie sprawiało
trudności porozumienie się ze zwierzętami czy odgadywanie ludzkich myśli. Do
dziesiątego roku życia była szczęśliwa. Potem, w odstępie miesiąca zmarła
matka i właściciel farmy. Rodzina pana Parkinsa wykazała zainteresowanie
wyłącznie sprzedażą majątku. Dziewczynka początkowo tułała się po obcych
ludziach, na krótko zaopiekował się nią pastor. Na nieszczęście, spadkiem po
indiańskich przodkach było jej wczesne dojrzewanie. W jedenastym roku życia
jej piersi zaokrągliły się, a biodra zmieniły kształt. Pierwszy usiłował
dobrać się do niej syn pastora, Mike. Czynił to jednak zbyt natarczywie i
brutalnie, równocześnie nadmiernie demonstrował swą pogardę dla "brudnej
Indianki". Płakała, prosiła go, by dał jej spokój, zagroziła, że poskarży się
pastorowi. Wtedy powiedział, że ją zabije.
Znalazła dość mocy, by go odepchnąć, uczyniła to jednak tak nieszczęśliwie, że
Mike rąbnął głową o gipsowy postument kominka i zemdlał. Wtedy uciekła. W
innym mieście przygarnęła ją pani Brownster. Odkarmiła, odziała, Sara była na
tyle naiwna, że nie rozumiała jeszcze ostrzegawczych sygnałów z
podświadomości. Nie dopuszczała myśli, że profesją tak zacnej samarytanki jest
rozpusta, a jej obszerny bungalow pełni rolę najbardziej cenionego w mieście
domu publicznego. Zresztą, pani Brownster trzymała ją przez rok w małym domku
wypoczynkowym, do którego nie miały wstępu inne "wychowanki". Dopiero gdy
podopieczna skończyła trzynaście lat, gdy jej uroda w pełni rozkwitła,
burdelmama uznała, że nastał czas debiutu. Zaprowadziła Sarę do bungalowu i
wyjaśniła, na czym polegać będzie jej rola.

18.
Dobrze, dobrze, pomyślała, nie podnoście tak wysoko brwi, nie krzywcie ust.
Poczekajcie. To jeszcze nie koniec opowieści. Jeszcze posłuchacie o moim triumfie.
- Co rano - podjęła - całe to towarzystwo spotykało się w kuchni, mieszczącej
się w suterenie pałacu Beauclair. Kuchmistrz lubił ich, nie wiedzieć zresztą
czemu. Zawsze coś dla nich smacznego. Dziś była to jajecznica, żurek, duszone
bakłażany, pasztet z królika, półgęski i biała kiełbasa z ćwikłą, do tego zaś
spory krąg koziego sera. Wszyscy jedli żwawo i milczkiem. Oprócz Angouleme,
która plotła.
- A ja wam mówię, załóżmy tu burdel. Gdy już załatwimy, co mamy do
załatwienia, wrócimy tu i założymy dom rozpusty. Rozejrzałam się w mieście. Tu
jest wszystko. Samych balwierni naliczyłam dziesięć, a aptek osiem. A zamtuz
jest tylko jeden i to obskurny sracz, powiadam, nie zamtuz. Żadna konkurencja.
My założymy bajzel luksusowy. Kupimy piętrowy dom z ogródkiem...
- Angouleme, zlituj się.
- ...wyłącznie dla szacownej klienteli. Ja będę bajzelmamą. Powiadam wam,
zrobimy wielką forsę i będziemy żyli jak jakieś paniska. W końcu kiedyś
wybiorą mnie na rajczynię, a wtedy to ja już wam na pewno nie dam zginąć, bo
jak mnie wybiorą, to ja wybiorę was i ani się obejrzycie...

19.
Pewnego dnia w niedzielę ruch na placu apelowym w pobliżu bramy. Na placu gra
orkiestra obozowa złożona z więźniów, a blokowi i kapowie z całego obozu -
wypasione byki - z radością rozrywają kamienie placu apelowego, walą
oskardami, wożą taczkami. Co jest? - W obozie buduje się puf, dom publiczny
dla więźniów.
Wybudowali, sprowadzono prostytutki. Dziesięć sztuk - 8 Niemek, l Czeszka i l
Polka. Wesoło było. Pierwszy raz, od kiedy zostałem zamknięty, zobaczyłem tak
z bliska kobiety. Spacerowały po trawnikach wzdłuż drutów ogrodzenia pod
"opieką" esesmana. Nie wolno było rozmawiać z nimi. Zgrupowaliśmy się tylko w
przejściach między barakami i przyglądaliśmy się im w milczeniu. Fajne babki,
elegancko ubrane, ufryzowane i... wyżarte. Podobno ochotniczki z obozu
koncentracyjnego z Ravensbruck. Przypuszczam, że zawodowe prostytutki. Za
bardzo były rozwydrzone jak na kobiety, które zgłosiły się, żeby ratować
życie. Tak przynajmniej o sobie opowiadała Polka - z Warszawy - że głód, że
karna kompania, że dwa razy próby samobójstwa, że wreszcie mieli ją wykończyć
- i ogłoszenie ochotniczego poboru do domów publicznych w męskich obozach
koncentracyjnych. Za dobrze na to wyglądała.
Wszystkim nam dawały one jedną radość. Klęły i wymyślały przez okna esesmanom.
Przydzieloną miały dla siebie specjalną esesmankę. Podlegały władzom obozu w
Ravensbruck i naszym nie wolno było ich karać. Były u nas w obozie rok i za
"złe zachowanie" wysłano je z powrotem do obozu. Przysłano drugą taką samą
partię i w takim samym składzie i te były prawie do końca - aż do
zlikwidowania tego przybytku miłości.

20.
Minął dzień, potem drugi, a ja nadal nie wiedziałem, czym właściwie zajmują
się mieszkańcy Mitú. Dużo chodzili - to zauważyłem od razu - ale nie było w
tym ich chodzeniu żadnego konkretnego celu. Ot, przemieszczali się z miejsca
na miejsce, zatrzymując przy każdej okazji. A okazją były spotkania z innymi
mieszkańcami, którzy robili to samo - snuli się bez widocznego celu. (...)
Taksowano mnie wzrokiem od stóp do głów i nikt już tego nie próbował ukrywać.
Byłem obserwowany zupełnie jawnie przez wszystkich. Co tam jawnie - oni gapili
się na mnie bezczelnie! (...)
A więc gapili się bezczelnie i natychmiast milkli na mój widok. Byłem jednak
pewien, że przed upływem tygodnia przestaną. (...) Musieli mnie tylko najpierw
dokładnie obejrzeć, przeanalizować i omówić. Pozbierać jeden od drugiego,
wszelkie dostępne  informacje na mój temat...
Od hotelarza: moje imię i nazwisko, wiek, kraj pochodzenia, kolor paszportu,
czym płacę - w dolarach czy w pesos - i gdzie trzymam pieniądze.
Od pokojówki: co mam w bagażu, o której chodzę spać, o której wstaję i czy
jestem bałaganiarz. (...)
Od właścicieli burdelu (siwowłose małżeństwo o twarzach jak aniołki): czy już
byłem, dlaczego jeszcze nie, i może trzeba mi pokazać gdzie to jest, bo jak
mężczyzna sobie nie ulży, to zacznie się rozglądać za naszymi córkami...
Znosiłem to wszystko dzielnie. Wiedziałem, że kiedy mnie już oplotkują ze
wszystkich stron, nastanie czas nagabywania, czyli pierwszych zdawkowych
rozmów: z hotelarzem, pokojówką, kucharką, sklepikarzem i praczką, oraz
kłaniania mi się przez różne osoby: burdelmama, jakiś obcy, burdelmama raz
jeszcze, tym razem znacząco... Były to wprawdzie osoby, których nie znałem,
ale widywaliśmy się przecież tyle razy... Ukłon. Uśmiech. Burdelmama...

21.
Kochana Tito,

Nie masz pojęcia jak Ci jestem wdzięczna za ubranie. Na szczęście paczka
jeszcze mnie tu zastała i mogłam ją odebrać. Jutro opuszczam ten przybytek
gdyż to nie jest zajęcie dla mnie. Wiem, że gdzieś muszę znaleźć odpowiednie
dla siebie miejsce, na razie nie wiem gdzie mam go szukać. Ugrzęzłam tu
dlatego, że czułam jak nienasycony ogień trawi moje wnętrze. Człowiek, który
mnie wtedy uwiózł właściwie uratował mi życie. Obym jeszcze kiedyś mogła go
spotkać. Odjechał gdyż przy mnie zaczęły opuszczać go siły, a mój wewnętrzny
ogień nie wygasał. Tak czy inaczej dopiero teraz, gdy przewaliły się przeze
mnie dziesiątki mężczyzn, czuję wielką ulgę. Być może któregoś dnia wrócę do
domu i będę mogła Ci wszystko opowiedzieć. 

Twoja kochająca siostra,
Gertrudis

22.
- Co ci strzeliło do głowy, żeby zrobić taki kawał panu Durand-Ruel?
Henryk wybuchnął śmiechem.
- To on ci powiedział?
- Owszem, powiedział, i wcale się z tego nie śmiał. 
- A cóż ja miałem począć, powiedz sam. - odparł Henryk nie mogąc opanować
wesołości - Chciał przyjść do mnie do pracowni obejrzeć obrazy. Powiedziałem,
żeby przyszedł tam, gdzie teraz maluję. Gdybyś ty widział jego minę, kiedy
wszedł do La Fleur Blanche i dziewczyny z punktu wzięły go w obroty -  Ależ
modemoiselle, ja przyszedłem tu w interesie, jestem człowiekiem żonatym.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że Durand-Ruel jest największym marchandem w
Paryżu i co mógłby dla ciebie zrobić?
- Nie bardzo się orientuję.
- Nie udawaj naiwnego, wiesz doskonale. Malarze padają przed nim na kolana, a
ty go zapraszasz do burdelu. Na miłość boską, Henryku! Czy jest dla ciebie coś
świętego? 

23.
- Wychodzisz? - zapytał Harris ze zdziwieniem. - Dokąd to?
- Tylko do miasta - odparł Wilson, rozluźniając sznurowadła moskitowych butów.
- Cóż ty u licha masz do roboty w mieście o tej porze?
- Interesy - rzekł Wilson.
"No tak - myślał - są to swego rodzaju interesy, niewesołe interesy, które
załatwia się samemu, bez przyjaciół." (...)
Zapomniał wziąć parasol i przemókł do nitki, nim przeszedł dziesiątek metrów.
Gnała go teraz, bardziej od żądzy, namiętność ciekawości. Prędzej czy później,
gdy gdzieś się mieszka, trzeba spróbować miejscowych towarów. Tak jakby się
miało tabliczkę czekolady zamkniętą w szufladzie. Dopóki zawartość tkwi w
opakowaniu, zbytnio zajmuje myśli. "Kiedy się to załatwi, będę mógł napisać
drugi wiersz dla Luizy" - pomyślał.
Burdel był krytym blachą bungalowem, w połowie wzgórza, po prawej stronie.
Podczas suszy dziewczyny siadywały przed domem, nad rynsztokiem, jak wróble;
gawędziły z policjantem, który miał służbę na szczycie wzgórza. Ulicy nigdy
nie naprawiano, tak że nikt nie przejeżdżał tamtędy po drodze do portu czy do
katedry; można było nie wiedzieć o burdelu. Teraz zwracał ku błotnistej ulicy
zamknięty, milczący front, w którym widniał tylko jeden otwór: drzwi
przytrzymane brukowcem, wiodące na korytarz. Wilson spojrzał prędko w prawo i
w lewo i wszedł do środka.

24.
W gimnazjum wszczął się z tego powodu wielki ruch; do rozpoczęcia konferencji
oficerów batalionu brakło tylko podporucznika D. i X.-owi polecono odszukać go.
- Mam nadzieję, że znajdziecie go bez wielkiego trudu, bo stale coś ze sobą
macie - rzekł porucznik L.
- Posłusznie melduję, panie  oberlejtnant, że proszę o pisemny rozkaz
dowództwa kompanii. Właśnie dlatego, że zawsze coś ze sobą mamy.
Podczas gdy porucznik L. na kartce notatnika wypisywał wezwanie, aby
podporucznik D. przybył natychmiast na konferencję, X. meldował dalej:
- Tak jest, panie oberlejtnant, i tym razem, jak zawsze, może pan być o
wszystko spokojny. Już ja go znajdę. Ponieważ żołnierzom nie można chodzić do
burdelów, więc pan podporucznik D. na pewno siedzi w jednym z nich, aby się
przekonać, czy za przekroczenie tego zakazu nie udałoby się pociągnąć którego
z żołnierzy przed sąd polowy, którym zawsze wszystkich straszy. On sam
uprzedził żołnierzy swego oddziału, że zbada wszystkie burdele i że biada
przyłapanym, bo go potem poznają ze złej strony.

25.
Każde miasto ma swoje osławione "szefowe", niezapomniane kobiety, które
wspomina się z łezką przez całe lata. (...)
Przez szereg lat S. gościło dwa takie skarby: Jenny (...) i Murzynkę, która
posiadała i prowadziła Long Green. (...)
Kiedy F. przyjechała z Sacramento i otworzyła swój dom, obie te beneficjantki
ogarnęła  zawierucha animozji. Zjednoczyły swoje wysiłki ażeby wygryźć F.,
lecz przekonały się, że ta nie jest dla nich konkurencją.
F. była typem macierzyńskim - piersiasta, biodrzasta i czuła. Była łonem, na
które można się wypłakać, pocieszycielką pełną pieszczotliwości. Żelazny
erotyzm Murzynki i karczemne bachanalie Jenny miały swoich zwolenników,
których F. bynajmniej nie odciągała. Dom jej stał się ucieczką dla młodzieńców
kwilących pod brzemieniem dojrzałości płciowej, opłakujących straconą cnotę i
żarliwie pragnących utracić jej jeszcze więcej. F. była pokrzepicielką
zawiedzionych mężów. W jej domu znajdowali dopełnienie pożycia z pozbawionymi
temperamentu żonami. Przypominał on pachnącą cynamonem kuchnię babci. Jeżeli u
F. zdarzyło się komuś coś z dziedziny seksualnej,  człowiek miał uczucie, że
jest to przypadek, ale wybaczalny. Dom jej wprowadzał młodzieńców w S. na
ciernistą drogę płci, w sposób najgładszy i najpogodniejszy. 
F. była zacną kobietą,  nie bardzo bystrą, ale wysoce moralną i gorszącą się
łatwo. Ludzie mieli do niej zaufanie i ona miała zaufanie do ludzi. Nikt, kto
ja poznał, nie mógł jej skrzywdzić. Nie stanowiła konkurencji dla tamtych
dwóch. Była po prostu trzecią fazą.

STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY . [ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA . CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA
[ hosted by artserwis.pl - praca , - portal twórców ] [ VIRTUS3 DESIGN ]