STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY .
[ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA .
CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA

Zobacz inne [przeczytane] o książkach tego autora
From: "Tomasz Konatkowski" <tomaszko@infovide.remove.this.part.pl>
Zobacz inne [przeczytane] tego grupowicza
Subject: Gaiman, bogowie i Anglicy
Date: Mon, 15 Jul 2002 20:27:55 +0200
Zobacz [przeczytane] napisane w tym miesiącu
Message-ID: <agv47e$2km2$1@news2.ipartners.pl>
Zobacz cały wątek w archiwum www.google.com 

Witam wszystkich,

właśnie przeczytałem "Amerykańskich bogów" Neila Gaimana.

Ciekawe jest to, że koncepcja bogów, którzy tracą swoje boskie atrybuty tym
bardziej, im mniej ludzi w nich wierzy, nie pojawia się po raz pierwszy.
Było to choćby w "Pomniejszych bóstwach" Pratchetta, kolegi Gaimana.
Ostatnio wpadł mi w ręce komiks "Proposition Player" Billa Willinghama, w
którym jest podobny pomysł. Tenże Willingham kontynuuje wątki najbardziej
znanego dzieła Gaimana, Sandmana, w komiksie "Thessaliad" - tam jest tak
samo: bogowie z różnych kultur walczący o przetrwanie. I w "Sandmanie", i w
pozostałych komiksach pojawiają się bogowie nordyccy, egipscy. Hinduski
Ganesha pojawia się w paru bardzo istotnych komiksach innego dobrego
znajomego Gaimana - Alana Moore'a ("From Hell"), a także Granta Morrisona
("Invisibles"). U Douglasa Adamsa w jednej z powieści też pojawiają się
Odyn, Thor i Loki.
Skąd się biorą takie zainteresowania i takie pomysły właśnie u angielskich
(anglosaskich), nazwijmy to, fantastów? Czy może to wynikać z podobnego
odebranego wykształcenia, podobnych lektur? Tego, że wszyscy czytali "Złotą
gałąź" Frazera czy jakieś inne dzieła o historii kultury i religii? Nie
jestem wprawdzie pewien, czy Willingham jest Anglikiem, ale pozostali - tak.

Oczywiście nie mówię, że Gaiman nie jest oryginalny, ciekawi mnie tylko to,
że temat powraca. Gaiman nie jest tylko erudytą, który lubi popisywać się
znajomością rozmaitych mitologii i religii, lecz przede wszystkim
miłośnikiem opowiadania i opowieści. Mnie przynajmniej właśnie to się
najbardziej u niego podoba: w jednej dużej historii pojawia się mnóstwo
innych, krótkich opowiadań. Z reguły dotyczą one losów zwykłych ludzi
zaplątanych w intrygi istot z innego świata. W powieści zresztą pojawia się
"opowiadacz" - pan Ibis.

Pozdrawiam
TK

PS: A "Sandman" po polsku zacznie wychodzić jakoś tak na jesieni.


From: "Cichy" <cichy@supermedia.pl>
Zobacz inne [przeczytane] tego grupowicza
Subject: [Przeczytane] Amerymkańscy bogowie, Neil Gaiman
Date: Sun, 13 Oct 2002 10:29:45 +0200
Zobacz [przeczytane] napisane w tym miesiącu
Message-ID: <aobbh4$4vq$1@news2.tpi.pl>
Zobacz cały wątek w archiwum www.google.com 

Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie

    O Ameryce pisze się nie tylko dużo, ale przede wszystkim źle i często
byle jak i byle jakim językiem (patrz niejaki Maks Kolonko). O Ameryce można
napisać wszystko i Ona to i tak pochłonie, przetrawi i wyda z siebie w
amerykańskiej, swoistej formie. O Ameryce można również pisać w gatunku
fantasy.
    Mówią, że Neil Gaiman to autor bestsellera "Nigdziebądź". Nie znam.
Książkę poleciła mi moja znajoma z księgarni, dobrze o niej mówią -
powiedziała, ale nie biorę za nią odpowiedzialności, bo w tym gatunku...
    W tym gatunku napisano już wiele znakomitych powieści, którym odmawia
się prawa bytu w środowiskach "górnej półki". Przecież to niewyobrażalne, by
koło Olczakowej-Ronikier czy Tokarczuk stał jakiś Gaiman czy Sapkowski. Ja
postawiłem Gaimana właśnie na tej półce - może nawet trochę powyżej.
    W afrykańskich wierzeniach głęboko zakorzeniło się przekonanie, że
zmarli żyją tak długo, jak długo o nich pamiętają żywi. A bogowie? Gaiman
twierdzi, że jest tak samo. Gaiman dodaje jednak, że Ameryka nie jest ziemią
dla bogów. Tu nie ma miejsca na długotrwałe kulty i zakorzenione wierzenia.
    Opierając się na folklorze amerykańskim, wierzeniach czarnoskórych
mieszkańców obu Ameryk oraz na "importach" z Europy, tworzy fantastyczną
mozaikę postaci dotkniętych "amerykańskością". Główni bohaterowie to plejada
uśrednionych amerykańskich osobowości, to ludzie uwikłani w codzienność
niezbyt skomplikowaną, to ludzie (?) uwarunkowani serialami i symbolami,
które są dla mnie zupełnie obce, ba, egzotyczne. A obok nich przepływa
Ameryka w swoim małomiasteczkowym wydaniu. Wcale nie taka sterylna, wcale
nie taka nowoczesna, wcale nie taka miła. A jednak można znaleźć w niej
swoją przystań.
    Treści nie śmiem nawet opowiedzieć, bo odsądzicie mnie od czci i wiary.
Powiem tylko tyle, że akcja - o, jaka szybka - zaczyna się w więzieniu,
gdzie nasz bohater spędza czas w zupełnie nieatrakcyjny sposób.
    Nie lubię czytać o Ameryce, nie lubię Ameryki i tym razem też jej nie
polubiłem, aczkolwiek czytałem "Amerykańskich bogów" z pasją.
    Kilka słów należy poświęcić wydawnictwu MAG, a przede wszystkim
redaktorce i korektorce!!!! książki, Pani Urszuli Okrzeji. Pani Urszulo,
gratuluję lenistwa i braku kompetencji. Przepuszcza pani tak oczywiste
literówki, nie zwraca Pani uwagi na przypadkowe potknięcia tłumaczki. W
sumie kawałek złej, niezbyt starannej roboty. A Paulinie Braiter, tłumaczce,
kłaniam się nisko. Brawo!!!

    Dariusz Cichocki
From: Kudłata <kudlatakropka@poczta.onet.pl>
Zobacz inne [przeczytane] tego grupowicza
Subject: [przeczytana] Amerykańscy bogowie-N. Gaiman
Date: Thu, 8 Apr 2004 17:40:01 +0200
Zobacz [przeczytane] napisane w tym miesiącu
Message-ID: <c53ro6$n1k$1@news.onet.pl>
Zobacz cały wątek w archiwum www.google.com 

Witajcie,
właśnie dobrnęłam do końca, trochę to trwało bo nie mogłam jej zmęczyć... a
tak pięknie sie zapowiadało...

"Amerykańscy bogowie" to najbardziej utytułowana i chyba najsłynniejsza
powieść Neile'a Gaimana. Nominacja do BSFA Award (The British Science
Fiction Association Award - Nagrody Brytyjskich Autorów SF) i zdobyte Hugo,
Nebula oraz Bram Stocker Award mówią same za siebie. Nie jestem całkowicie
przekonana o genialności tej powieści. Dlaczego śmiem głosić takie teorie?
Może moje argumenty Was przekonają.
W jednym z wywiadów Neil Gaiman opowiadał, że pewnego lata wybrał się na
wycieczkę samochodem po Stanach Zjednoczonych. Przyzwyczajony do
wielkomiejskiej Ameryki Anglik był zaskoczony tym, co zobaczył zjawiając się
w malutkich miejscowościach, zapomnianych przez Boga i ludzi. Tak narodził
się pomysł - klasycznej powieści drogi, w której główny bohater przemierza
USA tak, jakby to była kraina jego imaginacji.
Głównym bohaterem powieści jest niejaki Cień. Poznajemy go w więzieniu, gdy
myśli o tym, jak bardzo kocha swoją żonę. Człowiek z przeszłością, za
kratkami to najlepszy z możliwych bohaterów środka - ani specjalnie zły, ani
specjalnie dobry, ot próbujący znaleźć sobie miejsce na nieprzychylnym
świecie. Gaiman tym razem nie popisał się szczególną oryginalnością,
zwalając biednemu Cieniowi na głowę wszystkie możliwe problemy: żona i
najlepszy przyjaciel zginęli w wypadku samochodowym, a wraz z nimi
pogrzebane zostały nadzieje na pracę, szczęście rodzinne i stabilizację.
Lecąc na pogrzeb, nasz bohater poznaje tajemniczego pana Wednesdaya, który
proponuje mu zajęcie, może nie do końca legalne i uczciwe, ale przynajmniej
zapewniające trochę pieniędzy i oderwanie myśli od ponurych wydarzeń z
przeszłości. Cień ma zostać pomocnikiem szefa, człowiekiem od mokrej roboty
(czyli od wszystkiego, do czego akurat może się przydać). Na dodatek, szybko
okazuje się, że nad Stanami wisi wojna, stary porządek przeciwko nowemu
porządkowi, być albo nie być dla starych bogów, którzy przybyli do ziemi
obiecanej wraz ze swoimi wyznawcami, a teraz powoli odchodzą w niepamięć. Bo
bogowie Gaimana, jak we wszystkich jego utworach, tak i tu są śmiertelni.
Materiał zatem na znakomitą powieść o wartkiej akcji, opartej na niebanalnym
pomyśle. Szkoda, że na materiale się skończyło. Amerykańscy bogowie nudzą,
wykonanie zgrzyta, a niektórzy bohaterowie (w tym niestety ci główni,
pomijając może Cienia - postać przegraną od początku do końca, która nie
bardzo umie sobie tę przegraną uświadomić) wydają się wycięci z
jednowymiarowej tektury. Prześlizgujemy się wzrokiem po galerii bohaterów,
czasami możemy powiedzieć "skądś Cię znam", ale większość z nich zbywamy
wzruszeniem ramion. Nawet mój ulubieniec Czernobog, tak niesympatycznie
odrażający, jak tylko może być protagonista nadal pozostający po właściwej
stronie, nie rozwija w pełni swojego potencjału. Pozostaje zbyt
jednowymiarowy, by naprawdę fascynować - jeszcze jedna konieczna postać,
trochę bardziej przybrudzona od innych.
Co dzieje się z bogami, gdy ich wyznawcy w ten czy inny sposób znikają? Co
dzieje się, gdy przenoszą się na odległe lądy? Albo gdy to, co mogą
zaproponować jest wypierane przez nowoczesną technologię? No właśnie,
bogowie. Tym, co wciąga najbardziej, są długie rozdziały retrospekcji, w
których dowiadujemy się więcej o przybyciu bogów i zasadach rządzących ich
relacjami. To chyba najlepsze fragmenty książki, pełne pasji i przewrotnego
humoru, intrygujących postaci trzecioplanowych.
Tym, czego mi najbardziej w Amerykańskich bogach brakowało, był
niepowtarzalny, ironiczno-cyniczny humor Gaimana. Dialogi, zwykle tak pełne
lekkości i niewymuszonego uroku, tutaj zbyt często wydają się przyciężkawe,
a bohaterowie pozbawieni polotu. I nie czepiam się tutaj Cienia, który z
racji całej konstrukcji nie mógł robić za wygadanego i bezczelnego typka,
ale wśród wszystkich bogów, szwarccharakterów i kobiet pojawiających się na
horyzoncie nie ma nikogo, kto zapadałby w pamięć i nie chciał opuścić naszej
głowy po skończonej lekturze. Jedno jest pewne, Gaiman nadal penetruje
niepokojące, duszne zakamarki ludzkiej psychiki, które wolelibyśmy na zawsze
ukryć przed światem. A że raz czy dwa podwinie mu się noga? Czasem można
wybaczyć. Zatem zapytacie czy czytać? Powiem tak, bo proza tego pisarza jest
wyjątkowa i warto ją poznać, choć w przypadku Amerykańskich bogów niektórzy
mogą być zawiedzeni i czuć lekki niedosyt.



From: Daga <zirael@poczta.onet.pl>
Zobacz inne [przeczytane] tego grupowicza
Subject: [przeczytane] Amerykańscy bogowie - Gaiman
Date: Fri, 26 May 2006 11:52:54 +0200
Zobacz [przeczytane] napisane w tym miesiącu
Message-ID: <e56j63$m14$1@news.onet.pl>
Zobacz cały wątek w archiwum www.google.com 

[chyba lekkie spoilery]

Dziwna książka. Zupełnie niepodobna do "Nigdziebądź" i 
"Gwiezdnego pyłu", które czytałam wcześniej. Męczyłam się z 
nią. Męczyłam się prawie 3 dni i choć już się nie zmuszam do 
czytania, to tę książkę chciałam skończyć.

Trudno mi cokolwiek napisać, nie zdradzając sensu książki. 
Bo fabuła w sumie jest mało istotna, za to istotne jest 
wszystko inne, zwłaszcza zabawy słowne Gaimana, dobór 
bohaterów i ich imion, rozmaite odniesienia i nawiązania. 
Czytało się strasznie ciężko i nużyło szybko aż do momentu, 
w którym Cień zawisł na drzewie. W tym momencie zaczęłam 
gryźć paznokcie z niecierpliwości - to był IMHO najlepszy 
moment książki! To może śmieszne, co powiem, ale książkę 
warto przeczytać ze względu na ten właśnie fragment i 
zakończenie: majstersztyk! I dla zastanowienia się, kim tak 
naprawdę jest Cień.

Mam przeczucie, że to taka książka, która dojrzewa. Że z 
czasem będę ją oceniać wyżej niż teraz, tuż po lekturze. 
Jakie są Wasze odczucia?

Daga




From: "Bazyl" <bazyl3[nospam]@go2.pl>
Zobacz inne [przeczytane] tego grupowicza
Subject: [Przeczytane] "Amerykańscy bogowie" N. Gaiman
Date: Fri, 4 Apr 2008 10:21:19 +0200
Zobacz [przeczytane] napisane w tym miesiącu
Message-ID: <ft4ook$r3b$1@nemesis.news.neostrada.pl>
Zobacz cały wątek w archiwum www.google.com 

Podoba mi się w tej książce historia. Nie przesłanie, tylko historia. Ja 
wiem. Multipłaszczyznowa, pełna odniesień, pełna zapomnianych bogów i 
symboli. Ja wiem. Powieść drogi, ukazująca wielokulturowe oblicze Stanów. 
Cóż jednak z tego, jeśli ja nie miałem siły na odgadywanie znaczenia tych 
symboli i zastanawianie się nad kondycją amerykańskiego społeczeństwa. 
Zresztą jak już tu pisano - pomysł z bogami, którzy przestają nimi być na 
skutek zapomnienia i braku wyznawców nie jest czymś nowym. Ot, żeby daleko 
nie szukać - Ori z "SG1".
Bardzo dobrze jednak czytało mi się o perypetiach Cienia. Bohatera, który z 
miejsca przypadł mi do gustu, bo ja przypakowanych mruków z gołębim sercem 
po prostu lubię :) A perypetie to w końcu niezwykłe, bo Gaiman zaczyna nowy 
rozdział życia swego "numeru jeden" od trzęsienia ziemi, a później jest 
tylko ostrzej.
Podsumowując. Z całej plejady egzotycznych bóstw, ostali mi się w pamięci 
jedynie: cyniczny Odyn i nuworysz pachnący spaloną izolacją. Za to Cień..., 
tak, Cienia prędko nie zapomnę. I myślę, że dla niego warto było tę książkę 
przeczytać.

-- 
Pozdrawiam
Bazyl [ bazyl3CIACHO@go2.pl ]
http://prk.artserwis.pl/przeczytane/Grupowicze/Bazyl.html
http://tinyurl.com/pfbmx 




STRONA GŁÓWNA . [PRZECZYTANE] . NASZE CYTATY . [ULUBIONE] . KONKURSY . CYTATY . SPOTKANIA . CWK . KODOWANIE . FAQ . STOPKA
[ hosted by artserwis.pl - praca , - portal twórców ] [ VIRTUS3 DESIGN ]